piątek, 31 grudnia 2010

Dream team. 2010: 10-1


Serious shit. Najlepsi z najlepszych. Finał. Top10.

czwartek, 30 grudnia 2010

środa, 29 grudnia 2010

Dream team. 2010: 30-21


I tutaj zaczyna się tak naprawdę objawiać potęga rocznika 2010...

wtorek, 28 grudnia 2010

Dream team. 2010: 40-31


Dziesiątka mocniejsza i jeszcze bardziej różnorodna.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Dream team. 2010: 50-41


Mocna dziesiątka, z polskimi akcentami.

piątek, 24 grudnia 2010

Dream team. 2010: intro.

To prezent ode mnie. Wesołych świąt.

Pamiętam jak dwanaście miesięcy temu mówiłem sobie, że tegoroczne podsumowanie będzie najlepszym artem, jaki kiedykolwiek się pojawił na tym blogu. Tak też się stało i najfajniejsze jest to, że trafiło to wszystko na tak wybitny dla rapu rok. Ale się działo!

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Dream team. Czwarty, Rozwiązanie zagadki.

Nie jestem grafikiem z powołania, więc daję obraz z Painta.

Dream team? No to macie odpowiedź...

czwartek, 9 grudnia 2010

Dream team. Trzeci.


Było już o baskecie, czas na futbol. Platini, Tigana, Giresse, Fernandez. Kto wie czy nie najlepsza druga linia w historii piłki nożnej? Gdyby nie oni, nie byłoby kapitalnej gry Francji u siebie na Euro 84 i Mundialu w 1986 roku w Meksyku. Byli ludzie co powiadali, że ich mecz z Brazylią w Guadalajarze był "pomnikiem dla Boga futbolu". Game of the century.

środa, 24 listopada 2010

Kanye West - My Beautiful Dark Twisted Fantasy


Kanye West
My Beautiful Dark Twisted Fantasy
Roc-A-Fella, 2010









Jest na świecie kilka płyt, które znakomicie oddają wszystkie atuty najnowszego dzieła pewnego pana z Chicago... Oto one:

Dream team. Drugi.


Dream team drugi. Shaq, Kemp, Mourning i inni. Jeśli słuchacie kosza i gracie w rap (albo na odwrót), to wiecie że w 1994 oprócz mistrzostw świata w baskecie w Toronto, wyszło kilka niezłych płyt, które Wy w 2010 uważacie za najlepsze. Ja akurat nie, też wiecie.

wtorek, 23 listopada 2010

Serce i dusza w Nowym Jorku.

Od jakiegoś czasu w internecie krąży kawałek niejakiego (znaczy się mało znanego, a szkoda) Red Cafe na beacie Pete Rocka (!!!).

środa, 17 listopada 2010

Dream team.



Michael Jordan. Charles Barkley. Patrick Ewing. Scottie Pippen. Larry Bird. I inni. Dream team.

Soon...

piątek, 5 listopada 2010

Exactly.

Ja też nie wiem kto to Truth Enola, ale... Przypomnijcie sobie jeden z masterpieców 1996, czyli Stakes is High, takiej mało znanej ekipy jak De La Soul (btw piekielnie mocno niedoceniony album, a to wszystko przez pryzmat ich dwóch pierwszych absolutów i trzeciego genialnego krążka) i taki utworek jak "Pony Ride". Właśnie na nim pojawia się ten koleś. Już coś powinno zaświtać.

sobota, 23 października 2010

KRS-One - KRS-One


KRS-One
KRS-One
Jive Records, 1995









Całkiem niedawno, KRS-One wydał "nowy" album. W cudzysłowie, bo nic nowego zapewne tam nie usłyszymy. Od kilkunastu lat, ta legenda, jest jedną z najnudniejszych na scenie. Do albumów wydawanych od nowego milenium roku wzwyż, nie ma potrzeby wracać. Już I Got Next było zniżką, Sneak Attack porażką i ta ciągłość nie ustępowała. Czy jest sens słuchać na okrągło rapu o rapie?

Z solowych dokonań, godnymi uwagi są tylko trzy pierwsze jego płyty. Return of the Boom Bap i KRS-One są słusznie nazywane klasykami. Wątpliwości można mieć do I Got Next. Nie takie, czy jest klasyczne, czy też nie (bo nie jest), ale czy to dobry album? Jak dla mnie jest to jedna z największych zagadek. Bardzo dobre produkcje mieszają się z tymi katastrofalnymi, mimo obecności Muggsa, Showbiza czy Diddiego w życiowej formie. Lirycznie znowu kopia samego siebie, ile można? Lepiej cofnąć się dwa lata wstecz, do największego solowego dokonania tej legendy - bo tak trzeba mówić o tym człowieku.

Treściowo rewolucji nie ma żadnej. W większości jest przede wszystkim o hip-hopie, co już sugerują tytuły: "Rappaz R. N. Dainja", "Wannabemceez", "Represent the Real Hip Hop" czy też legendarny "MC's Act Like They Don't Know". Poza tym kontynuacja tematyki z Edutainment i Ghetto Music: The Blueprint of Hip-Hop. Dwa najczęściej powtarzane słowa na KRS-One? Postawiłbym na "knowledge" i, uwaga!, "hip-hop". Pewno bym się nie pomylił.Warto odnotować wszystkie wstawki z udziałem innych raperów oraz twórców kultury, takich jak Chuck D, Grand Wizard Theodore, Lord Finesse, Mr. Magic czy dawny przeciwnik MC Shan.

Z pomocą przychodzą też oczywiście goście. Są podopieczni rapera - Channel Live, jest Mad Lion, coraz śmielej sobie poczynający oraz "przygotowujący" się do The Coming Busta Rhymes oraz mocny wtedy (i tylko w tamtym okresie) Fat Joe. Nie przeszkadzają, są raczej uzupełnieniem popisów gospodarza. Na absolutnych wyżynach, tych samych co Lawrence, są panowie z Das EFX, toczący wyrównaną "batalię" w "Represent the Real Hip-Hop".

Dlaczego s/t jest lepszy niż Return of the Boom Bap? Dzięki beatom, a zwłaszcza... samemu raperowi. Kilka lat wcześniej, jego produkcje na pierwszych albumach Boogie Down Productions musiały imponować. Zniżka formy pojawiła się na pierwszym solowym albumie. Muzyka zdecydowanie odstawała od tej, którą stworzyli Premier i Showbiz (którzy są także obecni tutaj na genialnych ""Rappaz R. N. Dainja", "MC's Act Like They Don't Know" i "Represent the Real Hip Hop") oraz Kid Capri. Tym razem Lawrence Parker spisał się świetnie, z mocnym "Free Mumia" na czele. Dodajmy do tego Diamonda D oraz mniej znanych: Big French Productions oraz Norty'ego Cotto - autora najlepszego podkładu do "R.E.A.L.I.T.Y.". Jedynym minusem, dość poważnym, jest... znowu raper. "Hold" jest najzwyczajniej w świecie przeciętne i w obecności pozostałych podkładów po prostu ginie.

A co byście powiedzieli na takie ksywki jak Pete Rock, Kid Capri, Freddie Foxx, Kenny Parker, Domingo czy Kenny Dope? Są to osoby, które współpracowały nad albumem, ale z różnych przyczyn ich produkcje nie zmieściły się na KRS-One. Można trochę żałować, zwłaszcza tych dwóch pierwszych. A może coś z Original Baby Pa pochodzi z sesji na tę płytę? Możliwe, że z Center of Attention. Z samym Kid Caprim, Krzychowi zawsze wychodziły bardzo dobre rzeczy. Nie ma co gdybać, i tak jest się z czego cieszyć.

Obecnie KRS-One jest jednym z najnudniejszych MC's na scenie. Tak jest od lat, ale warto cofnąć się kilka lat wstecz, żeby zobaczyć jak się kiedyś mówiło o czymś, co się teraz znowu powtarza, w 2010 roku. Po co psuć sobie radość ze słuchania muzyki, słabymi i przeciętnymi produkcjami, skoro w 1995 roku ta sama treść była podana w kilka razy lepszej formie? Jeden z kanonów i obowiązkowych albumów na półce. Polujcie, bo to groszowa sprawa, choć prawdziwe miano równa się wyrazowi "bezcenny".

środa, 20 października 2010

N25.



Żaden pryzmat tego.


Dziesięć faktów o Nasie.

1. Illmatic płytą wybitną. It Was Written jest temu może i nawet bliski. Po nim było już fatalnie, średnio i co najwyżej dobrze.
2. Jay-Z > Nas. Bo wygrał wojnę.
3. Nas > Jay-Z. Bo wygrał bitwę.
4. Illmatic = Reasonable Doubt. Taka prawda przecież.
5. Jones nigdy nie był, nie jest i nie będzie moim ulubionym raperem. Tak jakoś, ale lubię bardzo.
6. "You Owe Me" prekursorem wszystkich "rapowych" dyskotekowych hitów. Jędker Realista wcale nie musiał jeździć po wsiach, szukając inspiracji na Monopol.
7. Stillmatic jest przeciętną płytą, taka prawda (kolejna już). O ile liryki są świetne, to z beatami, w większości, jest tam jak z gnojem - po co grzebać?
8. Nastradamus to niestety nie żart.
9. To chyba nie wymaga komentarza?
10. Nie przesłuchałem Distatnt Relatives. Nie zamierzam.

Bonus: razem z Canibusem, dwa największe liryczne talenty.

25. "Black Republican (feat. Jay-Z)" (Hip Hop is Dead, 2006)

Hip Hop is Dead miał być rzekomo lepszy od Illmatica, co stwierdził nawet sam Nas. Żartowniś, prawda? Płyta okazała się jedną z tych "wielu", a już najbardziej zapamiętanym momentem, był właśnie "Black Republican". Ani zwrotki (no dobra, Nasa jest dobra), ani beat nie powalają, ale sam fakt, że po być może największym beefie w historii, dwóch niegdyś wrogów nagrywa wspólny numer, jest konieczny do odnotowania. Parę lat temu, zaraz po premierze, słuchałem na okrągło, teraz nie mam ochoty, ale gigantyczny sentyment pozostał. I nie myślcie, że jest źle - taki numer dla Jonesa to nie problem. Nagrał co najmniej 24 lepsze.

24. "Halftime" (Illmatic, 1994)

Ooo, Smarki tu śpiewał!!! No, ale zanim jeden z moich polskich ulubieńców zarapował na beacie Large Pro, w 1992 roku zrobił to dzisiejszy bohater, znany wtedy jako Nasty Nas. Singiel ukazał się w grudniu, dwa lata przed albumem, z którego pochodzi. Ciekawostka - był też openerem na soundtracku do Zebrahead. Filmowcy też mogą mieć dobry gust muzyczny, c'nie?

23. "Hero (feat. Keri Hilson)" (Untitled, 2008)

Przyznaję się - podoba mi się to. Zdziwko? Zapewne, ale wiecie czemu nie jest to wstydem? Bo raper pięknie tu składa wersy, podane na southowym i maksymalnie skomercjalizowanym beacie Pollow da Dona. Eksperyment dość dziwny, ale weteran wyszedł obronną ręką. Keri Hilson też nie przeszkadza, ale mogłoby jej nie być.

22. "The Set Up" (It Was Written, 1996)

Klasyk Bez Cenzury nie czerpał z Nasa. On z niego rżnął. Jednym ze sztandarowych przykładów jest "Nie Idę Sam" - numer jak na polską scenę dobry, ale co z tego, skoro oryginał Havoca jest lepszy setki razy? Najważniejsze jest to, że mamy tu do czynienia z dwoma faktami. Pierwszym jest schyłek świetności członka Mobb Deep, drugim natomiast metamorfoza Nasa. Chwilowa. I świetna. Za 3 lata znowu ulica będzie dominować.

21. "You're Da Man" (Stillmatic, 2001)

Byliście kiedyś w Ghanie? Ja też nie. Zawsze jak tego słucham, to zastanawiam się, czy Nasowi się to w końcu udało. Do tekstu nie można się przyczepić, lubię go, ale beat Large Professora zawsze mnie dziwi. Czemu? Jak to? Po co? Dlaczego?

20. "One Love" (Illmatic, 1994)

Do oryginalnych pomysłów, Nas miał zawsze głowę. Zajebisty patent ze Street's Disciple nie wszedł na listę, bo sam utwór był słaby. "One Love" w patenciarstwie jest tym numerem dwa. Kto wcześniej odważył się nagrać kawałek w formie listu do swojego kolegi (do Cormegi jak nie wiesz) w więzieniu? Chyba nikt, a jeśli tak, to niech ktoś mnie uświadomi. BTW to Q-Tip robił, w tym samym czasie, o wiele lepsze beaty na Midnight Marauders. Głupio brzmi, bo ten też jest świetny.

19. "Dance" (God's Son, 2002)

Jedna z najbardziej chwytających rzeczy, jaką kiedykolwiek wydał hip-hop. Nie wiem kim trzeba by było być, żeby opowieść rapera nie chwytała za serce. Smutne, a zarazem piękne i z jedną z najpiękniejszych kończących fraz: "I love you forever mom, you will always live threw me... Always".

18. "I Do it for Hip Hop (Ludacris feat. Nas, Jay-Z)" (Ludacris, Theater of the Mind, 2008)

Ludacris to dziwny przypadek. Koleś z ogromnym potencjałem, nigdy swoją płytą nawet nie zbliżył się do poziomu czegoś, co można nazwać klasykiem. Moją ulubioną jego płytą (i zarazem chyba jego najlepszą) jest Theater of the Mind. Fajne, ze świetnym "MVP" oraz "I Do it for Hip Hop" z dzisiejszym bohaterem i moim ulubionym Hołwą.

17. "Fetus" (The Lost Tapes, 2002)

Z tym The Lost Tapes jest mały problem, bo spory odsetek osób nawet nie wie, że kiedykolwiek coś takiego się ukazało. Niech żałują, bo płyta świetna. XXL dał maksymalną ocenę, The Source 4,5 majka (wtedy dobrze jeszcze starali się dobrze oceniać), Christgau B+ itd. W tym roku ma wyjść Vol. 2, więc warto zapolować. Co z "Fetus"? Najlepszy kawałek z okresu od I Am... do Stillmatica.

16. "Nas is Like" (I Am..., 1999)

I Am... przeplatał ze sobą kawałki słabe, z tymi dobrymi. Jednym z najlepszych jest słynny "Nas is Like", czyli oznaka chemii, jaka się dawniej wytworzyła między Nasem a Premierem. Szkoda, że współpraca już potem nie była kontynuowana. Były zapowiedzi o wspólnym albumie, ale skończyło się tylko na nich. Może to i dobrze, bo Preemo się już skończył dawno temu i teraz kopiuje samego siebie, a drugiego genialnego "Nas is Like" nie będzie.

15. "The World is Yours" (Illmatic, 1994)

No właśnie, gdyby nie było tu Nasa, to ten kawałek byłby ewidentnie do wyjebania z mojego iPoda (płyty szkoda porysować). Nie lubię tego... beatu Pete Rocka. Nic nie można mu zarzucić, ale co przecież w tym samym roku było Main Ingredient.

14."Fast Life (Kool G Rap feat. Nas)" (Kool G Rap, 4,5,6, 1995)

Nas jeszcze wtedy się uczył, a nauczyciela miał dobrego w osobie legendarnego Kool G Rapa. Do 4,5,6 przekonuje się bardzo długo, z miernym skutkiem, ale w mojej pamięci zawsze tkwią dwa numery: "Ghetto Knows" oraz "Fast Life". Genius zjada tu wszystko, małolat raczej słabo, Buckwild dziwnie. Czemu więc ląduje na liście, tak wysoko? Heh, a G? I jeszcze jedno - może ten utwór był przyczyną zmiany Nasa?

13. "Black Girl Lost" (It Was Written, 1996)

Kurde, gdy zawsze to słyszę, to widzę poranne ulice w mieście, wczesną wiosną... Świetna historia, prosty beat L.E.S.'a i Trackmastersów oraz trochę głupkowaty śpiew Jo-Jo. Tak sympatyczne, że nie da się nie lubić. Uwielbiam od kilku dobrych lat i nie wiem kiedy się to zmieni. Być może nigdy.

12. "N.Y. State of Mind Pt. II" (I Am..., 1999)

Jedynka oczywiście lepsza, bez dwóch zdań, ale zmieszczę się w jednym - mistrz.

11. "Take It in Blood" (It Was Written, 1996)

Dość dziwne i trudne to. Daje mnóstwo wrażeń i pokazuje jak świetnie wypadła współpraca między Live Squad, Lo Groundem, Top General Sounds i raperem.

10."You Can't Kill Me" (Hip Hop is Dead, 2006)

Gdy tego słucham, to widzę obraz metropolii w XXI wieku. Tak jakoś.

9. "Life We Chose" (Nastradamus, 1999)

Najbardziej pamiętane przeze mnie kwestie z dyskografii Nasa, nie pochodzą oczywiście z Illmatica czy It Was Written. Wszystkie są z "Life We Chose". Cała pierwsza zwrotka to mistrzostwo, wersy o rozmowie telefonicznej czy karabinach maszynowych, sprawiają, że człowiek ma ciarki na plecach.

8. "Life's a Bitch (feat. AZ)" (Illmatic, 1994)

Jak to możliwe, że AZ wypadł lepiej niż gospodarz? Jest możliwe. Cała zwrotka i refren w wykonaniu Anthony'ego to chyba najlepszy moment w 1994 roku. Najlepsze jest to, że sam Nas dojebał tu takie wersy, że hoho.

7. "Queens Get the Money" (Untitled, 2008)

Najlepszy kawałek ostatnich lat u Nasa. Słyszycie gdzieś perkusję? Ciekawie to wyszło, Jay Electronica to nie tylko świetny raper, ale i okazuje się, że też producent. Genialne wejście rapera i charakterystyczne już rosnące napięcie. A niby to takie proste...

6. "Affirmative Action (feat. AZ, Cormega, Foxy Brown)" (It Was Written, 1996)

Prekursor chujowego The Firm. W przeciwieństwie do tamtego gówna, nie ma tu Nature'a, a zamiast niego jest Cormega. I dobrze, bo wszyscy, nawet Foxy się to raz w życiu udało, polecieli świetnie. Dla niektórych problemem może być beat. Bardzo charakterystyczny i minimalistyczny, ale pomyślcie o Piratach z Karaibów i zdanie zmienicie ;)

5. "Represent" (Illmatic, 1994)

Kopiujemy bez cenzury po raz drugi. Brać na warsztat takiego klasyka i pozwolić nawijać pod niego takim "raperom" jak Romeo, Melon, Lui, Fu czy Suja (w zasadzie 90% gości w "Reprezentuje Siebie") to kpina. Samplować "TAKIE COŚ" na "takie coś"? Nigga please...

4. "N.Y. State of Mind" (Illmatic, 1994)

It drops deep as it does in my breath,
I never sleep, cause sleep is the cousin of death.
Beyond the walls of intelligence, life is defined,
I think of crime when I'm in a New York state of mind.

Dziękuję za uwagę.

3. "It Ain't Hard to Tell" (Illmatic, 1994)

Illmatic już przed premierą był nazywany najlepszym albumem, jaki wydał Nowy Jork. A co jest na nim najlepsze? "It Ain't Hard to Tell". Czynników na jego zwycięstwo jest mnóstwo, ale tym głównym, który zadecydował o zwycięstwie jest beat, który po prostu jest najbardziej rozbudowany z pozostałej dziewiątki (no dobra, ósemki).

2. "One Mic" (Stillmatic, 2001)

Napięcie rośnie z każdym wersem. Zwróćcie też uwagę, że każda zwrotka jest rapowana w innym tempie. Niepokój ogrania słuchacza, i jeśli Nasowi o to chodziło, to mu się to udało z nawiązką. Utwór doskonały, piękny, monumentalny. Jeden z najlepszych w dziejach rapu, tu się zgodzi każdy. W mojej opinii, jednak pogromca się znalazł. Nagrany 5 lat wcześniej.

1. "I Gave You Power" (It Was Written, 1996)

Może kiedyś zdarzyć się tak, że wybiorę swoje 10 ulubionych kawałków z muzyką didżejowo-rapowaną ever i możecie być pewni, że drugie bądź trzecie miejsce podium, będzie okupować "I Gave Your Power".

Dwa najlepsze beaty Premiera? "Bring it on" z Reasonable Doubt oraz ten. Obydwa z magicznego dla mnie roku 1996. I na jednym, i na drugim nawijali raperzy doskonali. Więcej dodawać nie muszę. Skupmy się na liryce... A tam, w zasadzie też nic nie muszę pisać. Czułeś/aś się kiedyś jak broń? Ja tak. Zawsze jak tego słucham. 10.0, 100%, 10/10, A+ itd.

wtorek, 19 października 2010

Krótko i na temat: Business is Business


PMD
Business is Business
Relativity, 1996









Piekielnie mocny poziom dyskografii EPMD, w przyszłości zupełnie nie przekładał się na solowe dokonania Ericka Sermona i Parrisha Smitha.

Pierwsze dwa albumy Onasisa były bardzo dobre, Shade Business PMD trochę słabsze, ale udało mu się prześcignąć dawnego (i "późniejszego") przyjaciela. Absolutnie najlepszą solówką, jest jego Business is Business z 1996 roku.

"I represent the hardcore, rough rugged and raw / The PMD the mic's my only friend" - cytując opener jednego z najlepszych hip-hopowych singli, czyli "Rugged-n-Raw", otrzymujemy obraz liryki. Tekstów trochę więcej niż średnich, ale klimatycznych i idealnie wpasowujących się w produkcje Charliego Marotty ("Leave Your Style Cramped"!), Scratcha i przede wszystkim 8-Offa, dzięki któremu Business is Business jest na wyższym levelu, niż No Pressure bądź Double or Nothing.

A płyty po Back in Business traktujmy jako ciekawostki.

wtorek, 12 października 2010

Krótko i na temat: Sad Hill


Kheops
Sad Hill
Delabel, 1997

65%







Szukam w tej Francji i znajduje fajne płyty. Sad Hill do takich się oczywiście zalicza, ale problem jest odwieczny - nie znam francuskiego.

Jednym z pomysłów na album, były sample ze... spaghetii westernów (np. tych od Sergio Leone). Tak gdzieś wyczytałem. Ważną sprawą jest także to, że właśnie tutaj znajduje się mój ulubiony (obok "Nés Sous La Même Etoile") utwór IAM - "Sad Hill". Sprawdźcie te cuty tam. Reszty utworów za bardzo nie pamiętam, bo ograniczenie językowe daje mocno znać o sobie. Inaczej by było, gdyby muzyka stała na poziomie, a tak nie jest. Średnio, ale tytułowy track z macierzystą grupą, to wyżyny dorównujące ich największym dokonaniom.

Rozpisałem się trochę za dużo, starczy już (bo Nas idzie - większość z Was wie ocb), ale przezajebista okładka też jest.

niedziela, 10 października 2010

Teielte - Homeworkz


Teielte
Homeworkz
U Know Me Records, 2010

83%






O płockim hip-hopie staram się nie pisać, bo po co zawracać sobie głowę muzyką słabą (nawet "chujową" to mało powiedziane)? Nie mam czasu na rozwijanie takich myśli, bo i po co, ale chciałbym się zająć pierwszą pozycją z mojego miasta, która zasługuje na więcej, niż tylko propsy sąsiada, babci i trzech kolegów. Zaczynam, bo jest późno. Homeworkz dobre jest.

Fly Lo jakoś nigdy nie trafił w moje gusta. Los Angeles i Cosmogramma wleciały jednym uchem, wyleciały drugim. Kilka razy, ale odnotowałem w swojej podświadomości, że albumów słuchałem. Co pamiętam? Galimatias i chwile skupienia nad odsłuchami.

Podobnie miałem i nadal mam z Teietle. Celowo wspomniałem o producencie z Cali, bo to ta sama stylistyka (o WARP'ie pisać mi się już po prostu nie chce). Tylko jest jeden problem - Homeworkz wciągnęło mnie niesamowicie. Od paru dni słucham co najmniej raz dziennie, w pełnym skupieniu, co chwilę wyłapując coraz to fajniejsze rzeczy. Singlowy "Dark Voices" to jakiś chory obraz potężnej linii basu, piękny opener "Shempolain" czy zastanawiająca końcówka dają mi więcej wrażeń niż wszystko to, co wypuścił Lotus. Dziwne?
Zapewne. Sporo osób zaraz powie, że dzieje się tak, ponieważ kolo jest z Płocka. Jasne, a "Landof Never" jest może słabe? Bzdura. Same dobre rzeczy, pokręcone jak cholera. We are music lovers, the dreamers of a dream. Ludzie, kilkadziesiąt minut czystej, elektronicznej i wygrzanej psychodelii. Takiej, jakiej jeszcze w Polsce nie było. Najlepsze jest to, że płytę spokojnie można pokazać za granicami kraju. A zrobił to koleś stąd. "Stąd", co ma szansę zaistnieć "tam".

Ziomkostwo z innych miejsc, do których coś tam od czasu do czasu skrobnę, zachwala Homeworkz pod niebiosa. Nie ma się co dziwić, bo debiut kolesia z mojego miasta jest bardziej niż udany. Powiem więcej - ma wielką szansę na stanie się moim ulubionym tegorocznym albumem, nie tylko w kategorii hip-hop (do której ciężko go w sumie zakwalifikować). Płock w końcu bardzo poważnie zaznaczył swoją obecność na muzycznej mapie Polski (i proszę nie wypominać mi teraz ekstrementów typu Harlem, 18L czy Gabi). Cieszę się, ba, powód do dumy.

PS
Taki fajny album, a tak niefajnie wydany...

środa, 4 sierpnia 2010

Eldo - Zapiski z 1001 Nocy


Eldo
Zapiski z 1001 Nocy
MyMusic, 2010

75%







W "młodości" słuchałem Grammatika. Rapu nie zaczynałem poznawać od Skandali, Nastukafszy czy jakiś produkcji ze Stanów (L pewnego pana pomijam), ale przede wszystkim od EP+ i Świateł Miasta. Eldo, Jotuze i Noon wciągali mnie w swój świat i jak się okaże kilka lat później, w moją muzykę. Do tej pory lubię wracać do tych płyt, cenię je bardzo wysoko, ale to nie tylko sentyment. On robi swoje, przecież dzięki niemu, mogę jeszcze posłuchać Los Vatos Locos, którą to dostałem od kolegi na szkolne Mikołajki w 1997 roku (heh, dobre czasy). 10 lat miałem wtedy, a w 3 lata później ówczesna progresja muzyczna zatrzymała się na "Nie Ma Skróconych Dróg".

Nie będę ukrywał, że Leszek jest jednym z moich ulubionych raperów. I to nie tylko polskich, ale i w ogóle. Być może najbardziej wartościowa postać w polskim rapie, każdym kolejnym swoim albumem, udowadnia mi, że warto było czekać i warto wypatrywać następnego krążka Warszawiaka. Kilka tygodni temu, w końcu się doczekałem. Miałem małe obawy, jak się potem okazało, całkiem niepotrzebnie.

Bałem się tego, że Eldo po "metamorfozie", zrobi coś na styl debiutu - Opowieści O Tym, Co Tu Dzieje Się Naprawdę. Eksperyment z 2001 roku pt. "zostaję bitewnym MC", był nieudany. W moim odczuciu album balansował i do tej pory balansuje w rejonach zero-jedynkowych. Płyta tak słaba, że gdyby nie jej autor, przeszłaby zapewne bez echa. Pomijam to, więc zacznijmy od Eternii - być może top3 w Polsce. Jakiś czas potem pojawia się równie genialne CKCUA. 2007 rok przynosi świetne, trueschoolowe 27, przez większość uważany za najlepsze dokonanie rapera. Mija kilkanaście miesięcy i pojawia się dobre, ale chyba niezbyt lubiane, Nie Pytaj O Nią. 2010 - mundial, krzyże pod pałacem i pewien zeszyt z zapiskami.

Mniej filozofii, a więcej tego, czego oczekuje się od rapera. "Pokaż swoje skillsy, powiem ci jakim jesteś raperem". U Eldo z umiejętnościami zawsze było średnio, teraz mamy progres. I to duży. Może nie taki, żeby od razu awansować do pierwszej ligi, ale wystarczający, żeby go zauważyć i docenić. Szkoda tylko, że po drodze została zagubiona gdzieś ta głębia, którą wcześniej Warszawiak mi imponował. Tematyka zmieniła się, co mnie trochę zaintrygowało. W jego przypadku, wolałem filozofa i po kilkukrotnym odsłuchu zdania nie zmienię. Są utwory jak "Warszawska Jesień", "Kieliszki" bądź "Tańczę Z Nią" (i takiego Leszka jak najwięcej), ale wersja "bardziej hip-hopowa" tu zdecydowanie przeważa. A może to tylko kwestia mojego przyzwyczajenia?

Dwa zupełnie odmienne bieguny, to płyty Eldoki, które nagrywał tylko z jednym producentem. Opowieść O Tym, Co Tu Dzieje Się Naprawdę jest fatalnym tworem, nie tylko przez przeciętność gospodarza, o której już wspominałem, ale przede wszystkim przez Denę, który kompletnie nie podołał zadaniu stworzenia podkładów choć w jakimś tam małym stopniu nawiązującym poziomem do EP+ i Świateł Miasta (dobra, inna stylistyka, ale level kilka klas w dół). Po przeciwległej stronie mamy CKCUA, gdzie chemia pomiędzy raperem a duetem Bitnix była wręcz wzorowa. Gdzie bardziej pasują The Returners?

Tak pomiędzy, ale dużo bliżej im do Bitnixów. Produkcji zarzucić nic nie można. Jest świetna, wszystko brzmi jak należy albo i nawet więcej. Stary, dobry boombap. Co jest więc in minus? To, że beaty są zdecydowanie słabsze od tych, które Little i Chwiał dali wcześniej El Da Senseiowi, Małpie czy nawet Moleście. Nawet porównując tegoroczne Global Takeover 2: Nu World z Zapiskami..., te drugie wypadają słabiej. Wielka szkoda, bo gdyby tak "Warszawska Jesień" miała podkład z "We R Back" to uuu... Albo wyobraźcie sobie "Relacje" na pętli z "Knowledge Be the Key"... Można tak to zestawiać jeszcze długo, ale nie zmienia to żadnego faktu, że jest to jedna z najlepiej wyprodukowanych płyt w Polsce.

Od zaufanej firmy, zawsze oczekuję produktów stałej, wysokiej jakości. Eldo do takich należy i po raz kolejny mnie nie zawiódł. Przydałoby się skrócić album do jakiś 14 najmocniejszych numerów i mielibyśmy wtedy murowanego kandydata do płyty roku. Tak trzeba będzie trochę powalczyć i wyczekiwać mocnego oponenta. No bo czy np. Tede i Lukatricks coś mu "zrobią"? Nieee, skąd. Odbiegając od tych rozważań, zwróćmy wszyscy uwagę, że najmocniejsza solowa dyskografia w polskim hip-hopie została wzbogacona o kolejną bardzo wartościową pozycję.

PS.
Przed premierą powiadano o jakiejś niespodziance w pudełku. Yyy, ale co to jest?

Wokale:
Eldo.

Produkcja:
The Returners.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Big Boi - Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty


Big Boi
Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty
Purple Ribbon, 2010

90%







Jak ze mną rozmawiasz i wymawiasz skostniałą nazwę "hip-hop", w pierwszej chwili myślę "OutKast". Milisekundy później, w mojej głowie dopiero pojawiają się inne nazwy, trwale zapisane w historii tej kultury. Nie chce mi się nawet ich tutaj wypisywać, co powinno być raczej zrozumiałe. Duet z Atlanty od kilku lat jest w mojej skromnej (i nikogo nie obchodzącej opinii), najwybitniejszym przedstawicielem tego, o czym wspomniałem w cudzysłowie, w pierwszym zdaniu tej recenzji.

O tym, ile dla mnie znaczy Southernplayalisticadillacmuzik, ATLiens, Aquemini, Stankonia i Speakerboxxx/The Love Below (celowo wymieniam to w kolejności chronologicznej) to ja się nie będę kochani rozpisywał. Setki pięknych wspomnień. Bardziej kumaci czytelnicy zauważą, że nie wspomniałem o Idlewild. Zestawiając go z poprzednikami, otrzymujemy produkt niskiej jakości, ale tylko w przypadku, gdy mówimy o dokonaniach dwóch wariatów z ejtiel. U nich może to jest i słabe, na tle konkurencji wypada dobrze. Ot, taka pozycja traktowana trochę po macoszemu.

Zbierałem się do napisania tej recenzji, od momentu pojawienia się na rynku debiutu Big Boia. Bodźcem był opis na gadu-gadu, z 25 lipca, najlepszego polskiego bloggera, który to stwierdził, cytuję, "Od dzisiaj oficjalnie fan Outkast - forever". Heh, chłopak przez kilka dni nie zmieniał tego opisu. Dostaję potem od niego wiadomość, że słucha tego na iPodzie w kółko. Podejrzewam, że nie tylko on.

Takie "Tangerine" to Aquemini pełną gębą, a "Shutterbugg" w 2010 ujawnia jak będzie wyglądał hh w 2024. Te dwa utwory, to przykład uniwersalności tej płyty, patrząc na kwestie muzyczne. Zbiór starych kompanów: Organized Noize, André 3000 i Mr. DJ'a plus weterani, jak i nowe twarze. I jak? Sleepy i spółka wysmażyli najfajniejsze kawałki w ostatnich 2-3 latach. Lil Jon wzniósł się na wyżyny i stworzył jedną ze swoich najlepszych rzeczy. Znany Scott Storch i nieznany Terrence "Knightheet" Culbreath (pierwszy raz słyszę o tym człowieku i ręce same składają się do oklasków) są w pierwszym zdaniu tego akapitu. Wymagać więcej można od André i Salaama Remi. O ile ten drugi mógł źle trafić stylistycznie, to Dre powinien chyba wiedzieć najlepiej, czego oczekują fani od ich wspólnego utworu. Nazwa zobowiązuje.

W ocenie OutKast, zawsze krzywdzące jest to, że André > Big Boi. Nieprawda (choć przyznaję, że wolę andretrzytysiące, ale w 2003 to "półówka" dzisiejszego bohatera bardziej mi przypadła do gustu). Oczywistym jest, że ten pierwszy jest motorem napędowym duetu i postacią kreującą jego image, ale spychanie Antwana na dalszy plan jest nonsensem. Żadnych ciuszków (i w tym momencie śmiać mi się chce z kolesi, mówiących że śmiesznie odziane typy źle rapują, pff...), eksperymentów itd. U niego zawsze był czysty rap i taki też dostajemy na "debiucie". Mocne wersy ("The Train, Pt. 2 (Sir Lucious Left Foot Saves the Day)" i "Night Night" to chyba dwa najmocniejsze momenty liryczne) z morderczym flow. Za wadę mogę uznać brak jakiegokolwiek zróżnicowania i... dobry występ gości. Dziwnie to zabrzmi, ale... Każdy z zaproszonych jest świetny, tyle tylko, że daleko za gospodarzem.

Jakby tego wszystkiego było mało, to Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty odsyła NYC we właściwe miejsce. Postawmy sobie sprawę jasno - teraz to południe rozdaje karty. Wschód swoje lata świetności ma już za sobą, mimo że co jakiś czas wyskakuje z petardą. Dla mnie, dla fana i "wyznawcy" nowojorskiej szkoły, jest to dość bolesne, ale nie mogę się z tym nie zgodzić. Takie są fakty i takie są statystyki. (Nie)stety.

Z przykrością dla całej konkurencji, muszę stwierdzić, że pozycja no. 1 w tym roku została już obsadzona. Wierzcie mi - robię to po raz pierwszy. Po raz pierwszy w życiu, tytułem albumu roku, nazywam jakąś płytę już w sierpniu. Ups... Przepraszam za "jakąś". "Jakaś" to może być pierwsza lepsza płytka "jakiegoś" nołnejma. Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty jawi się jako przeskurwysyńsko zajebisty bangerowy album. Taki, w którym autor połączył to, co nagrywał już w 1993 roku, z tym, co robił 10 lat później ("Reset", ale to mam nadzieję chyba wiecie") i robi teraz. Kiedyś tworzył z pewnym kolegą. Teraz sam. A kolega? Twój ruch André.

Wokale:
Big Boi, Sleepy Brown, Joi, Vonnegut, Cutty, Big Rube, T.I., Khujo Goodie, Yelawolf, Jamie Foxx, Janelle Monáe, George Clinton, Too Short, Sam Chris, B.o.B., Gucci Mane.

Produkcja:
Malay, Mr. DJ, Organized Noize, Salaam Remi, Scott Storch, Big Boi, Jbeatzz, Terrence "Knightheet" Culbreath, André 3000, Lil Jon, Royal Flush, DJ Speedy, DJ Cutmaster Swiff.

środa, 28 lipca 2010

B.o.B. - B.o.B Presents: The Adventures of Bobby Ray


B.o.B.
B.o.B Presents: The Adventures of Bobby Ray
Grand Hustle, 2010

58%







Różni słuchacze, różne opinie...


Typ A: jaram się Snoop Doggiem. Mam gdzieś Kev Browna.

Najbardziej oczekiwana płyta roku. Powinna być dobra rotacja w mediach, bo to najbardziej chwytliwy debiut 2010. Przypomina to trochę Attention Deficit, z tą różnicą, że Bobby łatwiej wpada w ucho. Swoje też robią wokalista Weezera oraz T.I., Lupe i Eminem, który zamiótł.

Typ B: lubię po prostu dobry rap.

Zasada numer jeden: pokaż swoje skille, a nie to, jak gruby masz portfel i kogo ty tam nie znasz. W przypadku Bobby'ego Raya sprawdza się to... w połowie. Umiejętności ma takie, że ze znikomą pomocą, może nagrać dobrą płytę. Byłoby to lepszym rozwiązaniem, bo gościnne zwrotki Lupe Fiasco (kiedy te pieprzone Lasers?), T.I.'a i Marshala zjadły gospodarzowi album.

B.o.B. nie jest wielkim raperem. Jest dobry w tym co robi, dobrze śpiewa, ale do podobnych stylistycznie Kid Cudiego i Kanye Westa mu daleko. Przynajmniej na razie. Nie rzuca się w ucho także koncept.

Beaty chwytliwe i "łatwe", ale "Magic" to przegięcie. Niewybaczalne.

Typ C: mainstream to gówno. Tylko underground!

Przecież to jest niesłuchalne! Płyta tak cukierkowa, że robi się niedobrze. Prawdziwy rap się skończył już dawno temu. Dużo śpiewu i jeszcze więcej niepotrzebnych gości. Wolę U.N.I.

Wokale:
B.o.B., Bruno Mars, Lupe Fiasco, Hayley Williams, T.I., Playboy Tre, Janelle Monae, Rivers Cuomo, Ricco Barino, Eminem.

Produkcja:
B.o.B., The Smeezingtons, Crada, Alex da Kid, DJ Frank E, A.D., Kutta, Dr. Luke, Jim Jonsin, T.I., Lil' C, Pollow Da Don.

wtorek, 1 czerwca 2010

Krótko i na temat: The Best Part


J-Live
The Best Part
Triple Threat Productions, 2001

80%







The Best Part, czyli krótko mówiąc biblia wszystkich truskuli, miłośników podwójnych i tych, co jarają się rapem z połowy lat 90.

J-Live nie nagrywa słabych płyt. Z jego katalogu, prawie wszyscy (oprócz mnie, bo ja wybieram Then What Happened?) najbardziej lubią opisywany dzisiaj krążek. Nagrywany pomiędzy 1995 a 1999 rokiem, z całą ówczesną śmietanką undergroundu: Premierem, Pete Rockiem, Spinną, Prince Paulem czy 88 Keys'em. Beaty przednie, nawet westcoastowcy znajdą coś dla siebie w "Wax Paper". Justice Allah raperem jest bardzo dobrym i znakomicie odnajdującym się na podanych beatach. Nie brakuje niczego, ale "kaliber klasycyzmu" niech sobie sam każdy określi. Nie dla każdego.

poniedziałek, 31 maja 2010

Dwajściapieńć moih ólóbionyh dżointuf Chołwy.


Jay-Z jest moim ulubionym hip-hopowym zespołem. Znaczy się raperem. Wiadomo nie od dziś i ostatnio wpadłem nawet na pomysł, żeby zebrać 25 moich ulubionych kawałków tego murzyna. Dlaczego taka liczba, a nie inna, to w zasadzie sam nie wiem, ale wybór spośród ogromu nagranych przez niego utworów jest nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza dla psychofana.

Gdyby ktoś miał wątpliwości dlaczego na podium jest płyta życia, x jest niżej od y albo dlaczego nie ma "Ja Wiedziałem, Że Tak Będzie", to odsyłam do tytułu. Dodatkowo na liście umieszczam piosenkę spoza LP Cartera. Stan na dziś, jutro może się to zmienić. Enjoy.

Miejsce specjalne: "I Love the Dough (feat. Jay-Z & Angela Winbush)" (The Notorious B.I.G., Life After Death, 1997)

Jeden z lepszych utworów na Life After Death Biggiego. Co prawda Hova wypadł w mojej opinii słabiej niż gospodarz, ale magia tego kawałka jest niesamowita. Przykład najlepszego mainstreamu.

25. "A Dream (feat. Faith Evans & The Notorious B.I.G.)" (The Blueprint²: The Gift & The Curse, 2002)

Znowu pojawia się Biggie i znowu lepiej niż Jay, choć nie powinno to dziwić z prostego powodu: lyricsy pochodzą z "Juicy". Wybór "A Dream" jest pewno sporym zaskoczeniem dla niektórych, ale co ja na to poradzę, że lubię ten kawałek (w przeciwieństwie do całego albumu BTW).

24. "Friend or Foe" (Reasonable Doubt, 1996)

Najlepszy freestyle z US jaki dane było mi usłyszeć. Beat Premiera. Szkoda, że szersza współpraca obydwu panów zakończyła się trochę później.

23. "99 Problems" (The Black Album, 2003)

Kto tego nie zna, temu mama kupuje jeszcze lizaki.

22. "Izzo (H.O.V.A.)" (The Blueprint, 2001)

Jako że Jay-Z jest komercyjnym raperem i ma dużo hitów granych w radiach (nawet w Esce), to tym z najwyższego topu jest z pewnością "Izzo (H.O.V.A.). I to wcale nie głupkowaty i kiczowaty.

21. "Justify My Thug" (The Black Album, 2003)

Kto wie czy nie najlepszy beat Quika od 1998. Wersy Hovy pierwsza klasa, zwłaszcza początki drugiej zwrotki. Czyżby nie lepszym pomysłem, byłoby nagranie płyty z Jayem niż Kuruptem?

20. "Ignorant Shit (feat. Beanie Sigel)" (American Gangster, 2007)

Taki sampel już wcześniej miało UGK i ktoś jeszcze bodajże, ale najlepiej to wykorzystał Just Blaze. Mistrz! I w zasadzie to by było na tyle, bo zwrotki Jaya i Beaniego mi się po prostu nie podobają. Zwłaszcza refren, uch...

19. "I Know What Girls Like (feat. P. Diddy & Lil' Kim)" (In My Lifetime, Vol. 1, 1997)

Jak oni są kurwa słabi podług Hovy... No, ale kto miał najlepsze flow wtedy? Plus instruktaż jak wyrwać fajną dziewczynę.

18. "Song Cry" (The Blueprint, 2001)

Mhm... Ciężko coś powiedzieć, bo pewno by były same superlatywy, poza tym nie znam nikogo, komu się "Song Cry" nie podoba.

17. "Dope Man" (Vol. 3... Life and Times of S. Carter, 1999)

Trzeci Wolumin ująć mnie nie potrafił, ale "Dope Man" to jedno z największych osiągnięć rapera. To jest wystarczający powód, żeby coś z albumu sprzed 11 lat znalazło się na liście.

16. "Heart of the City (Ain't No Love)" (The Blueprint, 2001)


:(

15. "Feelin' It (feat. Mecca)" (Reasonable Doubt, 1996)

Heh, przecież to oczywiste, że musiało się to znaleźć.

14. "Reservoir Dogs (feat. The LOX, Beanie Sigel & Sauce Money)" (Vol. 2... Hard Knock Life, 1998)

Fajne gwiazdorskie kolabo, i wszyscy dają radę, ale radziłbym zwrócić uwagę na produkcję Sermona. Beat współprodukowany przez Darolda Trottera, jest najlepszą rzeczą od Zielonookiego Bandyty u schyłku ubiegłego wieku.

13. "Coming of Age (Da Sequel) (feat. Memphis Bleek)" (Vol. 2... Hard Knock Life, 1998)

Idealnie dobrany duet, ze znakomitymi zwrotkami i pojedynczymi wersami Jaya. Zwróćcie uwagę na tracklistę Woluminu Drugiego: zaledwie dwa kawałki wcześniej Swizz Beatz dał jeden z najgorszych beatów świata (Carter gdzieś kiedyś powiedział, że się wstydzi, że pod to nagrał). W "Coming of Age" wszystko nadrobił. Wyszło mu przednio. Raz na 100 razy.

12. "Blueprint (Momma Loves Me)" (The Blueprint, 2001)

Są 3 części. Chciałem tylko wspomnieć o pierwszej. Poruszający tekst z idealnie skomponowanym beatem Binka. Pozostałe 2, to ukryte utwory: "Breathe Easy" i "Girls, Girls, Girls Pt. 2". Są spoko, ale szybko się o nich zapomina, mając jeszcze na uwadze to, co działo się kilkadziesiąt sekund wcześniej.

11. "Run This Town (feat. Rihanna & Kanye West)" (The Blueprint 3, 2009)

Pewnie wiele osób sobie pomyśli, że żartuje umieszczając ten utwór ze słabego i komercyjnego The Blueprint 3, ale ja się nie zgodzę. Druga zwrotka Jaya jest świetna, Kanye z tych przeciętnych, a Rihanna taka se. Beat pierwsza klasa, wciągnął mnie od razu. Najlepsza rzecz na przeciętnym ostatnim albumie.

10. "22 Two's" (Reasonable Doubt, 1996)

Całe Reasonable Doubt to było wejście z buta, a najdobitniej to ukazuje "22 Two's". Po tym nagraniu już wszystko wracało do normy, hierarchia także.

9. "No Hook" (American Gangster, 2007)

Geniusz. Mogło być jeszcze wyżej, ale coś stanęło na przeszkodzie...

8. "The City Is Mine (feat. Blackstreet)" (In My Lifetime, Vol. 1, 1997)

Jay potwierdza klasę i formę z poprzedniego roku, a samo "The City is Mine" jest  także jednym z prawdziwych początków Chada Hugo.

7. "Takeover" (The Blueprint, 2001)

Fani Nasa: "Ether" jest lepsze.

Fani Jaya: "Takeover" jest lepszy.

Fani rapu: "Takeover" ma więcej fajnych wersów, Prodigy też się doigrał, a i Kanye z tym Morrisonem się popisał.

6. "Minority Report (feat. Ne-Yo)" (Kingdom Come, 2006)

Kingdom Come jest przeciętne. "Minority Report" jest genialne. Ciarki na plecach, nawet jak śpiewa Ne-Yo. Nie do wiary!

5. "Can't Knock the Hustle (feat. Mary J. Blige)" (Reasonable Doubt, 1996)

1996: Cześć. Wołają na mnie Jay-Z. Od dziś będę rządził w tzw. rap-grze. Jak nie wierzysz to posłuchaj jak Mary wyśpiewuje "baby one day you'll be a star".

2010: Zrobiłem to co trzeba. Jeszcze nie czas na emeryturę, ale 14 lat temu razem z Mary mieliśmy rację.

4. "Roc Boys (And the Winner Is)..." (American Gangster, 2007)

American Gangster to taki prawie klasyk, w mojej opinii już na niego zasługuje, a najlepszą wizytówką niech będzie ten numer.

3. "Can I Live" (Reasonable Doubt, 1996)

Jakimś dziwnym trafem całe podium obsadzają utwory tylko z jednej płyty. Wiadomo co jest grane, ludzie mówią, że to najlepsza rzecz jaką kiedykolwiek nagrał Hova. Nie zgodzę się, znalazłem dwie lepsze, ale i tak "Can I Live" > Twoja ulubiona hip-hopowa płyta :)

2. "Bring It On (feat. The Jaz & Sauce Money)" (Reasonable Doubt, 1996)

Jaz-O i Sauce Money są raczej z tych raperów poprawnych, którzy dzięki bardziej znanemu i utalentowanemu koledze się w jakimś tam stopniu mogli się pokazać. Ten sam kolega w 1996 roku pokazał im miejsce w szeregu, a słuchaczom swoje możliwości.

1. "Dead Presidents II" (Reasonable Doubt, 1996)

O najlepszym moim zdaniem kawałku w historii rapu pisałem trochę ponad 3 miesiące temu. Moim numerem dwa i zarazem numerem jeden w bogatym katalogu Cartera jest "Dead Presidents II". Jay-Z + Ski = najlepszy hip-hop tamtych czasów. Utwór doskonały.

wtorek, 25 maja 2010

Krótko i na temat: The Craft


Blackalicious
The Craft
Anti/Quannum, 2005

79%







Kwota przeze mnie wydana w kwietniu na zakupy wprowadziła wiele osób w osłupienie. No, ale jak to było w jednym z numerów Blackalicious: "Passion the will to win, the spark within...". Moja pasja jest bezcenna. Kwiecień był obfity w nowe albumy, maj nie za bardzo, ale udało się po kilkuletnim polowaniu zdobyć opisywany tytuł.

Przytoczony wers pochodzi z 2002 roku, znalazł się na klasycznym Blazing Arrow w utworze "Passion". 3 lata później duet Gift of Gab - Chief Xcel wydaje The Craft. Paradoks tego genialnego tandemu: jak nagrać najsłabszą płytę w dyskografii, która jednocześnie będzie jednym z najlepszych niezależnych wydawnictw 2005 roku? Parker w formie najwyższej, "Supreme People" jednym z jego największych osiągnięć, flow nie z tej ziemi. Problem jest z producentem. Albo za dużo wymagam, albo nie podołał. To pierwsze. Dlaczego? Bo Nia i Blazing Arrow to osiągnięcia być może najlepsze w Oakland, a te tutaj obecne aspirują tylko do "najlepszych". Ode mnie mają 79%, ogólny average wynosi 80%.

wtorek, 18 maja 2010

Krótko i na temat: Dysonans


Dyspensa
Dysonans
Nielegal, 2010

30%







Przyznam - nawet nie miałem zamiaru tego ściągnąć, ale... Do sprawdzenia Dysonansu zachęcił mnie darmowy egzemplarz płyty. Wysyłasz swoje dane adresowe pod ten @, a za parę dni zawita do Ciebie kurier z... digipackiem owiniętym w reklamówkę. To wszystko w zupełności za darmo.

Promocja świetna, aczkolwiek kosztowna i jawi się jako jedyny plus całości. Muzycznie jest to podziemie polskiego podziemia, podejrzewam że oprócz ulubieńców Lite'a - Bonusa i Matka - mało kto będzie kojarzył Hendela, Geeda czy Kapsa. Beaty mdłe, nudne z przebłyskiem w postaci "Sensu" jednego z twórców Wspomnień... Rapów kompletnie nie pamiętam, ani jednego wersu, jednak jestem w stanie sobie przypomnieć, że raperzy nie "przeszkadzają". Takie se, bez highlightów. Są setki lepszych płyt, ale można sprawdzić. Tylko w zasadzie po co?

sobota, 15 maja 2010

UNKLE - Psyence Fiction


UNKLE
Psyence Fiction
Mo' Wax, 1998

97%







To nie jest hip-hop. Bardziej głupio chyba nie można było zacząć tej recenzji, ale powtórzę raz jeszcze: to nie jest hip-hop. Ma z nim wiele wspólnego, tak jak cudowne przecież Endtroducing.... (BTW dzisiaj pojawiła się recenzja tego dzieła na Popkillerze) też nie było czystym hip-hopem, mimo że korzystało z wszystkich technik gatunku w 100%. Aha, żeby nie było później nieporozumień między autorem tego tekstu a resztą osobników... Chciałbym zaznaczyć, że jeśli ktoś uważa, że debiut UNKLE jest niesłuchalny, nie jest wielkim dziełem i może być co najwyżej bardzo dobry, polecam mu opuścić tę stronę i iść gdzie indziej. Dla własnego dobra.

Pozbywając się w tym momencie wszystkich ignorantów, co to znają się niby na muzyce rozrywkowej, chciałem przypomnieć większości pozostałych tu obecnych, o ponadczasowości Psyence Fiction. Niestety, "większości", bo znając życie, spora część osób pierdolących o sile polskiego podziemia, która to lansuje "obiecujących" to przecież raperów i producentów na laickich muzycznych blogach, tak naprawdę znanych tylko swoim najbliższym, w ogóle nie wie co to za nazwy, o zgrozo, DJ Shadow bądź UNKLE. Ręce opadają. Podobnie jak większość moich znajomych, nie potrafiących wymienić choć jednej płyty (!!!) ATCQ, EPMD, Blackalicious czy Three 6 Mafia. No, ale wracając do tematu, kumatym i będącym "na właściwej muzycznej drodze" przypominam - obcujemy z płytą wielką i ponad czasową. Wiedzieliście o tym, ale nie zaszkodzi przypomnieć.

Historia UNKLE ma w sobie wiele ciekawych momentów i zwrotów akcji, ale to nie będę pisał przecież biografii. Najważniejsze - założycielami zespołu byli James Lavelle oraz Tim Goldswothy, a najistotniejsza jej część zaczyna się w momencie, kiedy to dochodzi do współpracy między Lavellem, a DJ Shadowem. Jest to najbardziej istotny element w historii zespołu, historii którą można podzielić na dwa etapy - pierwszy "Psyence Fiction" i drugi "po-Psyence Fiction". Drugi, już bez Davisa, jak łatwo się domyślić mało ciekawy. Płyty na pewno nie złe, ale nie wybijające się swoją zawartością ponad przeciętność, z brakiem tego kosmicznego klimatu i ręki Shadowa, trwale korzystające z magicznej nazwy "UNKLE". Dla tych, co szukają analogii w polskim rapie, pierwsza na myśl zapewne przyjdzie grupa Grammatik. Okres z Noonem i okres bez Noona. Jaka była wartość płyt z Bugajakiem, a jaka bez niego?

Pierwsza część płyty jest zbliżona poziomem do Endtroducing..... Otwierający "Guns Blazing (Drums of Death, Pt. 1)" to zlepek oldschoolowego, na piekielnie mocnej perkusji, beatu z rapującym z prędkością kul wystrzeliwanych przez karabin maszynowy Kool G Rapem oraz... wstawek z czwartej części Gwiezdnych Wojen. Myślicie, że te 5 minut wystarcza by poczuć cały klimat? Błąd, ponieważ to dopiero drugi w zestawie, "UNKLE Main Title Theme" wprowadza słuchacza w odpowiedni nastrój. Tak się to wszystko ciągnie do "Lonely Soul" - prawdopodobnie najlepszego numeru na Psyence Fiction. Muzycznie jest to zlepek paru sampli, a swoje poruszającym tekstem, dorzuca lider The Verve - Richard Ashcroft. Radziłbym też zwrócić uwagę na zmienność nastroju w kawałku i przejście na wysokości 5 minuty z orkiestrą w tle. W międzyczasie pojawia się kapitalny "Bloodstain", z wyjątkowym śpiewem Alice Temple i instrumentalny, klimatyczny "Unreal".

Niesprawiedliwym byłoby nazywanie drugiej części słabą. Taka nie jest, jest świetna, ale brzmi jak strony B pierwszej połówki bądź debiutu Shadowa. Wszystko potrafi oczarować, szczególnie numer z Thomem Yorkiem z Radiohead jak i part 2 openera - "The Knock (Drums of Death, Pt. 2)" - tym razem zamiast Kool G Rapa, jest Mike D. A jaka jest różnica między tym pierwszym a członkiem Beastie Boys powszechnie wiadomo. Jak wspomniałem - w żadnym wypadku nie jest to złe. Po prostu część pierwsza jest na innym levelu. Nieosiągalnym dla innych, a numery 7-12 do niego co najwyżej się zbliżają.

Endtroducing..... było jedno jedyne i niepowtarzalne. 100 na 100. Inna ocena absolutnie nie wchodzi w grę. Z Psyence Fiction też nie ma problemu - płyta to muzyczny absolut. Trochę słabsza od tamtego albumu, ale względu są oczywiste. To zdarzyło się w historii tylko raz i już się nie powtórzy. Najbliżej strącenia poprzeczki ustawionej w 1996 roku było oczywiście Psyence... Shadow w momencie tworzenia swojego debiutu i pierwszego LP UNKLE, prawdopodobnie wyprzedził muzykę o jakieś 10-15 lat. Eis też podobno wyprzedził polski rap, mówili że o 4 lata. Tak powiedzieliby ci, których to już wygnałem w pierwszym akapicie, ale ich na szczęście już tu nie ma.

Wokale:
Kool G Rap, Alice Temple, Richard Ashcroft, Badly Drown Boy, Mike D, Atlantique Khan, Thom Yorke.

Produkcja:
DJ Shadow.

wtorek, 11 maja 2010

Krótko i na temat: Paper Trail


T.I.
Paper Trail
Grand Hustle, 2008

70%







Wszyscy wiedzą, że King jest najlepszy, ale gdyby było dane mi wybierać (dam samemu sobie ten zaszczyt i wybiorę) album numer 2 w dyskografii obecnego* króla południa (chyba), to postawiłbym na Paper Trail.

Rozpoczyna się przyjemnie, w okolicach 7 minuty przychodzi najlepsze dokonanie T.I.P'a - "Ready for Whatever", potem przyzwoity "On Top of the World", aż zaczyna się koszmar w postaci "Live Your Life". Nikt poważnie myślący nie podejrzewałby Just Blaze'a o wykorzystanie sampli z... "Dragostea Din Tei". Dopełnieniem tej, hmm, wesołej piosenki jest śpiew Rihanny. To, czy ma talent, czy też nie, jest sprawą drugorzędną - łącznie z tragicznym beatem, skowyt pani z Barbadosu psuje dobry występ gospodarza. Później bywa różnie, imprezowicze powinni czuć się wniebowzięci, innym radziłbym zwrócić uwagę na "Swagga Like Us", bądź co bądź, jeden z najlepszych bangerów ostatnich lat.

Aha, jeśli ktoś interesuje się grafiką, okładkami itd., to wie, że cover to bardzo mocna sprawa.

* czyli nie starych: skarfejsa czy bana bi.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Krótko i na temat: 14 Shots to the Dome


LL Cool J
14 Shots to the Dome
Def Jam, 1993

65%







Nie jest to najlepsza płyta Uncle L'a. Najlepszą to jest Mama Said Knock You Out, ewentualnie Radio. Nie jest to najgorsza płyta Uncle L'a. Najgorszą to jest Todd Smith, ewentualnie 10.

W 3 lata po wydaniu przełomowego dla siebie Mama Said Knock You Out, przyszedł czas na 14 Shots to the Dome. Album został przyjęty przez krytyków i fanów raczej chłodno. Sytuacja z nim miała się podobnie jak ze wspomnianym wczoraj przeze mnie A Constipated Monkey. Nie wystarczyło nagrać tylko "dobrego" albumu, żeby się przebić do świadomości większości słuchaczy i recenzentów. W tamtych czasach wychodziło po prostu wiele lepszych płyt. Swoje zrobiły także oczekiwania wobec następcy dzieła z 1990 roku - były prawdopodobnie zbyt wygórowane.

Po wstępie, obraz całokształtu może się źle rysować. Wcale tak nie jest. Piąty album LL'a jest płytą dobrą i równą. Raper w większości znowu wkurwiony, pozujący na modne wtedy zachodnie wybrzeże i standardowo dający parę love songów. Muzycznie jest to dobra produkcja oparta na wielu samplach i schyłek kariery wielkiego Marley Marla, przyćmionego przez Q.D. III i Bobcata (fenomenalne "Crossroads"). Złoto udało się jednak zdobyć, uznanie dopiero po jakimś czasie.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Kurious "I'm Kurious"

Przebić się w 1994 roku do hip-hopowej czołówki, było nie lada wyczynem. Udawało się to tylko i wyłącznie najlepszym, a ich "oczywiste" płyty znają wszyscy (kto nie zna, niech się schowa i się nie przyznaje). Oprócz nich, zostają jeszcze te albo niedocenione, albo już zapomniane.

Idealnym przykładem na obie te kategorie jest A Constipated Monkey rapera o latynoskich korzeniach Kuriousa. Jest to debiut Jorge Alvareza i to z niego pochodzi nie tylko największy jego przebój, ale i jeden z największych hitów tamtego roku. "I'm Kurious", jak na rasowy singiel przystało, jest bardzo chwytliwy i tu zaczyna się polemika: przez co bardziej? Przez genialny beat Pete Nice'a i Daddy Richa czy może bardziej dzięki humorystycznej nawijce rapera (jak dla mnie nieśmiertelne "Peace to my mother, you know I love ya / And to my dog Sampson, I love you too")? Sampel znany i prawdopodobnie ludzie z 3rd Bass, najlepiej go wykorzystali z wszystkich, wcześniej go "używających".

A Constipated Monkey - kolejny przykład na to, że warto szukać w "starym" rapie. Niskobudżetowy, fajowski klip macie poniżej.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Krótko i na temat: The Lost Scripts of K.O.D.


Tech N9ne
The Lost Scripts of K.O.D.
Strange Music, 2010

55%







The Lost Scripts of K.O.D. jest pierwszą epką Tech N9ne. Jest to 5 utworów napisanych zaraz po wydaniu K.O.D. nagranych pod beaty, które nie "weszły" na tamto wydawnictwo.

Podobnie jak poprzednio, album został podzielony na części - "Anger", "Madness" i "The Hole". Przechodząc do meritum - czy jest tu coś ciekawego? Nie. Kontynuacja zdecydowanie słabsza od poprzedniego LP, ale zawiera w sobie "Last Sad Song". Gdyby ten track wszedł na K.O.D., byłby to jeden z mocniejszych obecnych tam momentów. Na (nie)szczęście znalazł się on tutaj, poniekąd ratując całokształt tej 20 minutowej płyty. A co robi Krizz Kaliko w 3 kawałkach? Kolega kolegą, ale czy to nie przesada?

środa, 7 kwietnia 2010

Vibe znów się bawi...


Vibe Magazine

Magazyn Vibe już jakiś czas temu bawił się w podobną ankietę dotyczącą najlepszych raperów. Wygrał jak dobrze pamiętam Eminem, drugi chyba Jay. Tym razem przyszła kolej na najlepszych producentów. Jak to wygląda i jak to widzę swoim okiem?

Podobnie jak poprzednio 64 postacie zostały podzielone na 4 koszyki: "homegrown sounds", "soul sample", "mass appeal" oraz "boom bap". Pierwsze co mi się rzuciło w oczy to brak... Madliba. To nie żart. Pominięcie tak ważnej, świetnej  i co najważniejsze, zasłużonej postaci jest mocno przesadzone. Z zestawu, który otrzymałem, postanowiłem sam się trochę "zabawić" i wytypować faworytów.

#1: homegrown sounds:

- Dre vs. DJ Toomp: lubię Toompa, ale doktorek to moje (i nie tylko) osobiste podium. Nie mogło być inaczej.

- Ant Banks vs. DJ Quik: oddaje swój głos na mojego imiennika, bo jest nie tylko świetnym producentem, ale i przyzwoitym raperem. Nawet ta pedalska (i to lekko mówiąc) okładka tego nie zmienia.

- Juicy J vs. Rick Rock: muszę wybierać? Nie chcę... Ważniejsze tu jest dla mnie, dlaczego został uwzględniony sam Juicy J, bez DJ Paula? Mój głos ma tylko za zasługi i swoje klasyki z Three 6 Mafia. Rick Rock do mnie nie trafia, choć "Tradin' Wars" (wyprodukowane na spółę z Mikem Mosleyem) jest genialne.

- Prince Paul vs. Shock G: hehe, panie G, ale z czym do ludu? Do księcia? Pff... Doceniam zasługi, ale dyskografia Prince Paula jest tak piekielnie mocna (nie tylko trzy pierwsze De La Soul), że mało kto by z nim wygrał.

- Poison Clan vs. Johny "J": Miami Bass mnie nie interesuje, więc logicznym jest wybór zmarłego niedawno Johny'ego.

- The Bomb Squad vs. Mr. Lee: trzy słowa. Public. Enemy. Legendy.

- Beats by the Pound vs. Wyclef: szczerze? Nie znam za wiele od Beats by the Pound, a Wyclef to dobry producent, tylko ile mu pomaga(ł) Jerry "Wonder" Duplessis? The Score to też nie w pełni jego zasługa, ale solowy debiut wystarczy, by zarekomendować.

- Mannie Fresh vs. David Banner: kolejny mój imiennik, i ten to chyba musiał zapłacić, żeby tu się znaleźć... Proste, że Mannie, choć jego południowy styl jest ewidentnie nie dla mnie. Banner jest tak słaby, że wciągnięcie go na tą listę to jakaś profanacja i szczyt głupoty.

#2: soul sample:

- Kanye West vs. Heatmakerz: mówcie co chcecie, ale Kanye aka "jestem głupkiem i największym bufonem", jest jednym z największych w historii, a i 808's & Heartbreak się broni (należy pamiętać, że to nie hip-hop).

- No I.D. vs. The Alchemist: ten pierwszy, nie tylko z sentymentu. Cały czas gdzieś w cieniu, mimo że jest nazywany "ojcem chrzestnym chicagowskiego rapu". Alchemist zaczyna powoli kopiować sam siebie i staje się bardzo nudny i przewidywalny.

- Just Blaze vs. Hi-Tek: dopiero w czwartym koszyku znajdzie się para trudniejsza do wytypowania... Jeśli musiałbym wybierać, to jednak Hi-Tek. Minimalnie, choć mainstream od lat należy do Blaze na spółę z Westem. BTW są to nieliczne postacie, od których biorę wszystko w ciemno. Nie pamiętam większych zawodów.

- Erick Sermon vs. Daz Dillinger: Bandyta, bo to mój klimat, to raz, a dwa... No nie wiem, ale całokształt ma lepszy (pomijam albumy EPMD, które to produkował razem z PMD).

- J Dilla vs. 88-Keys: Yancey, innej możliwości nie ma. Nie jestem jakimś wielkim fanem Dilli, ale konfrontacja z tym panem, to za wysokie progi dla tego drugiego.

- Organized Noize vs. 9th Wonder: grupa Sleepy Browna to mój top10, a może i top5. To co robili między 1995 a 2000 rokiem to maestria. Cudak jest przeraźliwie nudny od jakiegoś czasu.

- Mark the 45 King vs. Salaam Remi: za "Fu-Gee-La" głos idzie na Remiego, choć gdybym miał oceniać zasługi, zwyciężyłby ten pierwszy.

- Pete Rock vs. Cool and Dre: chciałem pogratulować redaktorom Vibe'a poczucia humoru zestawiając ze sobą te trzy postacie.

#3: mass appeal:

- The Neptunes vs. will.i.am: "beat płynie tak, jakby zrobił go Neptun". Przyznaję rację Mesowi.

- Scott Storch vs. Lil Jon: o Boże... Storch za klawisze w "Still Dre" i cały "Don't Say Nuthin'". Zresztą, od Lil Jona każdy jest lepszy.

- Teddy Riley vs. Kay Gee: ani jeden, ani drugi, ale niech będzie Kay Gee. Tak, Naughty by Nature nigdy nie lubiłem.

- Diddy and The Hitmen vs. Herbie Luv Bag: kiedyś w The Source Diddy został podobno okrzyknięty najlepszym producentem wszech czasów. Na wyrost, bardzo, ale klasę ma wielką. Świetny mainstream, a Herbie? Nie wiem jakim cudem się znalazł na liście.

- Trackmasters vs. Larry Smith: duet, bo Smith w takim zestawieniu to przegięcie maksymalne, podobnie jak ten pan wyżej.

- Swizz Beatz vs. Dust Brothers: białasy. Przez Swizzy'ego Jay się wstydzi jednego numeru do dziś. Produkcje są tak oklepane i sztampowe jak u nikogo innego. Duści to jednak dwa, trzy poziomy wyżej.

- Jermaine Dupri vs. Irv Gotti: pierwszy odpada od razu. DJ IRV strasznie nierówny, ale znacznie pomógł DMX'owi i niestety Ja Rule'owi.

- Timbaland vs. Pollow da Don: Timbo, bo to legenda, a taką nigdy nie będzie Pollow.

#4: boom bap:

- DJ Premier vs. Bangladesh: no bez jaj...

- Havoc vs. Da Beatminerz: ci drudzy i to zdecydowanie. Z całym szacunkiem dla Havoca, ale Beatminerz miażdżą od początku kariery aż do teraz (wpadki minimalne). Kejuan Muchita (WTF?!) od 1999 wzwyż nie potrafi mnie przyciągnąć, ani zaskoczyć.

- Jam Master Jay vs. Easy Mo Bee: Easy mnie nigdy nie zawiódł. Stały, równy poziom, a to co zrobił na Ready to Die nie potrzebuje komentarza. A, i jeszcze to. Jam Master Jay zawsze spoko, ale tu nie miał szans.

- Rick Rubin vs. The Beatnuts: biały brodacz bierze górę, choć jest strasznie monotonny. Latynosi kombinują, ale Rick tworzył większą historię. WIELKĄ historię.

- Large Professor vs. Q-Tip: nie potrafiłem wybrać. Naprawdę. Dwóch najlepszych raperów i producentów jednocześnie IMO (Monch trzeci, czwarty i piąty numer zostawiam dla siebie). Musiał to za mnie zrobić los i głos poszedł na Q-Tipa. Sorry Pro.

- Marley Marl vs. Dame Grease: ten pierwszy, bo newschool nabrał nowego znaczenia i na przełomie lat 80 i 90 to on rozdawał karty. Poza tym Dame miał tyle wpadek, że nie chce mi się liczyć, a za same "Some of Us Have Angels" powinien skończyć z produkcją.

- Diamond D vs. DJ Muggs: całe D.I.T.C. jest lepsze od Muggsa i basta. Wolałbym Buckwilda, mojego ulubieńca z kolektywu, ale diamencik też dobry. Muggsa nigdy nie potrafiłem zrozumieć i do końca polubić.

- RZA vs. Rockwilder: książę w 1993 wyprzedził cały hip-hop. RZA do 1996 robił z każdym co chciał. Tylko dwie postacie w ogólnym rozrachunku mogły mu przeszkodzić w dążeniu na szczyt. I im się udało.

Cała zabawa znajduje się pod tym linkiem. Tam też możecie głosować.

PS.
A Battlecat?

wtorek, 6 kwietnia 2010

Krótko i na temat: So Far Gone EP


Drake
So Far Gone EP
Young Money, 2009

71%







Mixtape może być dla niektórych męczący (przecież wy nie słuchacie popu, bo to obciach), więc skupmy się na epce. Co tu mamy? Wszystko to, co na mixtapie plus "I'm Going In" i "Fear". Pop, hah. Utwory pochodzące z wydanego w lutym mixu to nic innego jak "pościelówki" w klimatach dalekich od tradycyjnego rapu. Słucha się tego bardzo przyjemnie, bo Drake jest dobrym wokalistą, nie kaleczy uszu, co czasem zdarzało się Westowi i potrafi przykuć uwagę. Rapuje przyzwoicie, ale do Kid Cudiego mu daleko. Prawdziwą klasę pokazuje na tych dwóch dodatkowych utworach, za które odpowiedzialni są Needlz i DJ Khalil. "No auto tune, but you can feel the pain / It all comes spilling out like I hit a vein." - na takie wersy liczę na Thank Me Later.

Tzw. gej rapy mają się dobrze. Drake wkrótce daje pełnoprawny longplay, Kid Cudi zaatakuje ponownie w wakacje, B.O.B. nadchodzi, nie wiadomo w jakim kierunku podąży Lupe Fiasco na Lasers. Nie jest źle, ale nie podoba mi się kierunek rozwoju rapu. Ot, taka ciekawa odskocznia od tego, co się słucha na co dzień. A, jeszcze jedno! Bez przesady Kanadyjczyku, ale żeby na 7 kawałków aż w 3 wspomagał cię Weezy?

czwartek, 1 kwietnia 2010

Wilku - Me, Myself and I


Wilku
Me, Myself and I
???, 2006

82%






1 kwietnia to prima aprilis. Kłamią nie tylko politycy, nawet z mojej partii (btw wstydzę się ich). Was też okłamałem parę godzin temu. Pozwoliłem sobie na głupi żart. Blog nie znika, a ja nie przestaje pisać. Sorry. No bo jak? A pieniądze? A kobiety? A narkotyki? A samochody? Keep it movin’ jak u Q-Tipa i koniec żartów jak u Łony. No bo jak żartem można nazwać jedną z najlepszych płyt w polskim rapie?

Słucham dużo muzyki. Ostatnio mocno zainteresowałem się twórczością The Beach Boys. Ludzie na mieście mówili mi, że jest to jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki, zupełnie nie odstający poziomem od Fab Four. Myślę inaczej, ustępują, ale niewiele. Niemniej jednak kupuje ich płyty, słucham, poznaje historię itd. Jak z nimi jest? Okej, po kolei. Today? Może być. Pet Sounds? Nie wypowiem się – słuchałem dobrych kilkanaście razy i jednak Pieprz jest lepszy IMO. Wild Honey? W-O-W. Sunflower? Ohoho, już jedna z moich ulubionych płyt. Zdążyłem poznać jeszcze Smiley Smile. I jak? Wspaniałe, doprawdy. Tyle tam się dzieje! "Good Vibrations" spokojnie w moim top10 tracków ever, nie ma opcji, "Heroes and Villains" blisko dziesiątki. "Fall Breaks and Back to Winter (Woody Woodpecker Symphony)" też genialne.

Niektóre z tych utworów pochodzą z sesji do najkultowszego niewydanego albumu w historii – SMiLE. Też tak ludzie mówią. Muzykę rockową tak naprawdę poznaje dopiero, uczę się etc., więc nie mogę wiele powiedzieć o jakiś lostach. A w rapie też są takie płyty, mówię wam. Nie tak dawno jedna nawet ujrzała światło dzienne. Kurwa, mistrz album. Może niedługo ją opisze jak czas i chęci pozwolą? To w USA, u nas sztandarowym przykładem niech będzie Me, Myself and I Wilka. Tak, tego Wilka. Roberta Kwiatkowskiego z Hemp Gru. Od Klucza, od Drogi, od Bilona i Żarego. Guru wszystkich osiedlowych dobrych chłopaków. Jego "pierwsze debiutanckie solo" niby się nie ukazało w oficjalnym obiegu w Polsce, a... Ja miałem to szczęście, że zdobyłem oryginał. Dumnie zdobi mój regał z płytami stojąc między Enigmą (1996 :*, hyhy) a Enter the Wu-Tang (36 Chambers). To już coś znaczy.

Historia wydania, dostępność tylko na Wyspach i japońskich torrentach (hejt dla tych, co spiracili ten album!) jest rzeczą małą. Tą wielką i najistotniejszą sprawą na Me, Myself and I jest zmiana stylu. To już nie jest ten Wilku, co jebie policję na 100%. Nie ten Wilku co rozjeżdża te same organy ścigania walcem. Nie ten Wilku co je skręty. Nie ten Wilku co siedzi z kumplami (a ty z koleżankami). HWDP nabrało nowego znaczenia. Jakie "(c)huj w dupę policji"? Wtedy i teraz to już "honor w duszy Polaka". Tam to się zaczęło. Zmiana podejścia do życia jest zdumiewająca. Świetnym przykładem jest "Piętno Nienawiści", w którym to swój udział zalicza także... Żary. Człowiek powszechnie uważany za nie wiadomo jak słabego ucznia (starałem się użyć jak najdelikatniejszego określenia), ale ciągła edukacja w szkole robi swoje i potrafi zaskoczyć wszystkich hejterów:

"Świat nas nie kocha, Polsko - za każdym zakrętem modle się do Boga / Młodzieży idee upadają, nie jak mury, to żywe pomniki się wkurwiają"

Poezja. W momencie kiedy Zwykły Chłopak Szary przedstawia słuchaczowi te wersy i kończy swoją zwrotkę wulgaryzmem, jedno z najmocniejszych wejść w polskim rapie (i nie tylko, takie "back in the days when I was a teenager" się kryje, choć do "Juicy" daleko) zalicza sam gospodarz, genialnie ripostując młodszego protegowanego:

"O nie brachu, to nie czas wojny, nie odpowiadajmy nienawiści nienawiścią / otwórzmy swe umysły, spójrzmy przed siebie, kierujmy się miłością"

Wymiękam… Kolejnym doskonałym przykładem niech będzie wspólna poetyckość wersów Roberta i… Eldo. Po Eternii i CKCUA uważałem Eldokę za najbardziej lirycznego rapera w naszym kraju. Ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że na Me, Myself and I panowie będą mieli wspólną kolaborację w "Magii Książek", ale żeby członek Hemp Gru przyćmił lidera Grammatika?!

"Chociaż przeczytałem wszystkie książki Prousta,
Wiem że życie to coś więcej niż dziwki, koks, kapusta.
Życie jest jak 12 ksiąg Pana Tadeusza,
Czasem czeka cie rozpusta, a czasem katusza.
Nie jestem tworem Nietzego, nadczłowiekiem wspaniałym,
Jestem dzieckiem Boga - kruchym i niedoskonałym"

To nie może dziać się naprawdę… Tak myślałem, a jednak. Metamorfoza Wilka jest niesłychana, podobnie jak w kwestii umiejętności na majku. Kiedyś jeden z blogerów uznał, że WDZ ma najlepsze flow w Polsce. Tamto równanie matematyczne Tirexa ma doskonałe odzwierciedlenie na tym LP. Dla tych, którzy nie mieli styczności z tamtą teorią, przypominam:

Flow - reverse - Wolf - translate - Wilk - slang - Wilku

Jakieś wątpliwości? Nie sądzę, tym bardziej że swoimi skillami wolf razem z Boxim i VNM'em imponuje na "Technice":

"Osiem trzy cztery z Wilkiem - rewia podwójnych / Pożremy jak Milkę w chwilkę, tych raperów chujnych"

Zawodem mogą być goście. Mes zawsze dawał dobre featy na płytach przyjaciół, ale zwrotka z "Kowala Serc" to chyba jakiś odrzut z mocnej przecież Alkopoligamii. Eldo i Łona w formie, ale co z tego, skoro Wilk ich przewyższa? Nieporozumieniem jest Bilon – WTF nigga?! Lordz of Brooklyn wnoszą niezły powiew świeżości i potwierdzają, że Polacy i Amerykanie mogą robić wspólne kawałki. Prawdziwym wygranym jest jednak Żary. Czekam z niecierpliwością na solówkę tego chłopaka. To co pokazał na Me, Myself and I przypomina dokonanie AZ z Illmatica. Żary – AZ, Wilk – Nas. A w rewanżu liczę, że będzie drugie "Mo Money, Mo Murder, Mo Homicide".

Ważnym elementem jest także muzyka. Wilku jest początkującym producentem, aczkolwiek dobrym. Jego podkłady są spokojne, można "wyłapać" próbki z Kind of Blue, ale bębny nie współgrają czasem z loopem i wychodzi to chaotycznie. Klasą samą w sobie są Waco, Magiera i LA, świetnym posunięciem było zatrudnienie niejakiego Flow, który to powoli zaczął wchodzić do czołówki beatmakerów w Polsce. Wszystko to jednak jest niczym w porównaniu do "Uroku Gór", w które to zaangażowany został sam Emade. Muzyka w tych 4 minutach jest piękna, esencjonalna i porywająca. Śliczne, ambientowe pejzaże tytułowych gór niemalże rysują się w wyobraźni uważnego słuchacza. Ciężkostrawne mogą się wydawać inspiracje The Neptunes w "Radosnym Sporcie", bo słynne już clapy Pharrella i Chada zostały niemalże skopiowane i kompletnie nie współgrają z refrenem Bilona.

Do wad krążka trzeba zaliczyć… ową metamorfozę. Dla niektórych fanów Wilka może być to szok, mogę nie zrozumieć ukrytej treści i dwuznaczności niektórych tekstów. Będąc chamem mógłbym powiedzieć, że to nic dziwnego, że mają problem, ale przykład Wilka i Żarego temu przeczy. Nie oceniaj ludzi po wyglądzie, nie oceniaj ludzi po ich środowisku. Są tam diamenty. Ale do cholery?! Co miał autor na myśli mówiąc o związkach buddyzmu z lożą masońską?! Po co rapować POTRÓJNYMI całą tablicę Mendelejewa?! Patenty mistrzowskie, ale ich wartość człowiek o IQ niższym niż rozmiar własnego buta nie zrozumie. Po co także odwołania do Cervantesa i mitologii celtyckiej? Szkoda także tej zaczepki skierowanej w Pezeta w "Piętnie Nienawiści": 

"Złodziejom wolność -  już nigdy nie krzyknę,
Wolę samotność i swoje dni zwykłe.
Twój brat siedział w paczce, nagrałeś kawałek,
Matka zapłakana , a ty na balet.
W piątek i sobotę waliłeś z ziomami,
Kielich za kielichem - twa szczerość tu na nic"

Szkoda tych wersów. Rozumiem, że WDZ chciał być agresywny w stosunku do nielojalnego brata, ale żeby tekst aż tak emanował w stronę beefu? Nonsens kompletny i kolejna niepotrzebna utarczka słowna dwóch czołowych raperów, nie tylko w Warszawie. Głupich liryków takich jak "Nieraz stałem pod klatką, nieraz pod urzędem pracy / Ale kocham mą matkę i kocham was rodacy!" jest na szczęście mało, ale o pomstę do nieba woła już cała zwrotka z "Drapaczy Chmur":

"To tylko szare bloki,
Paro piętrowe kolosy.
Po zmroku idą w ruch gloki,
W południe kosy.
Kontakt utrudniony jak przez łoki toki,
Stoję pod niebem bosy.
Nie dla mnie dille, koki
I tak do pierwszych kropel porannej rosy.
Nie dla mnie te widoki,
Skąd wziąć hajs na testarossy?"

Głupio mi coś takiego napisać, ale... Jak się nie podoba, to wracaj słuchać Tetrisa czy Jimsona albo najlepiej nara - na bursztynowe słowiki. Od 4 lat to Robert rozdaje karty w grze zwanej "polskim rapem". Oceny maksymalnej dać nie mogę ze względu na parę niedociągnięć, ale mamy klasyk. Szkoda tylko, że nieliczne grono może się o tym przekonać. Jakie to szczęście, że chociaż mi się udało. Wiecie co? Zawsze byłem dumny, że jestem Polakiem, ale nasz rap nigdy nie był mi po drodze. Nie oszukujmy się – PL to nie USA. Jest przepaść, ale pomostem niech będzie Me, Myself and I. Kolejny polski towar eksportowy dla jankesów.

PS.

"Nie wymagaj niczego od innych, najpierw wymagaj od siebie,
Mówili o mnie "prawilny", lecz dopiero teraz znalazłem Eden"

^ KOCHAM.

Wokale:
Wilku, Eldo, Łona, Bilon, VNM, Boxi, Mes, Żary, Bilon, Lordz of Brooklyn.

Produkcja:
Emade, Waco, Flow, Wilku, Whitehouse.