wtorek, 30 czerwca 2009

Top10: Wschód.

W końcu nadeszła ta chwila. Postanowiłem dość mocno przyśpieszyć publikację moich ulubionych albumów z NYC i okolic. Po pierwsze to mam jeszcze trochę więcej czasu, więc stwierdziłem, że nie ma na co czekać, poza tym lista układała się w głowie już bardzo długi czas. Po drugie od jutra idę zarabiać na nowe fonogramy, więc z czasem będzie trochę na bakier. A po trzecie zmieniam na dniach dostawcę internetu (bye, bye Blueconnect...), więc to w połączeniu z pracą może być małym problemem w publikowaniu czegoś tam. Weeeź, jaki chujowy wstęp. Wstyd Dawidzie, wstyd. Ale kto powiedział, że ja jestem pisarzem, dziennikarzem, felietonistą czy innym akrobatą? Jestem hejterem słabych płyt i fanem tego co dobre. Tego moi drodzy ziomale się trzymajmy. Przypominam, że jest to zestawienie subiektywne. Jak zwykle czekam także na Wasze opinie. Koniec żalenia - czas na konkrety.

Tak jak się spodziewałem wybór był bardzo, bardzo trudny. Wstępna lista objęła jakieś 50, no może 55 albumów, z czego po kilku chwilach zniknęło z niej jakieś 20. Ścięcie głowy spotkało niestety takich tuzów jak One For All i Foundation Brand Nubian czy A Long Hot Summer Masta Ace'a. Chlip, chlip... Zostało na oko 30 i pożegnałem m.in. Capital Punishment Big Puna czy dwa pierwsze albumy ATCQ. Tu łezka już naprawdę zaczęła się kręcić. W ten oto sposób zostało mi 17 pozycji. Ciężki orzech do zgryzienia. Postanowiłem, że w top10 znajdzie się maksimum jedna płyta danego wykonawcy. Sorry Jigga, Twój master z 2001 poszedł w pizdu, a miał otwierać zestawienie. Podobnie z drugim De La Soul i dwoma pierwszymi Boogie Down Productions. Boli mnie trochę, że musiałem zrezygnować z obydwu albumów Pete Rocka z C.L.'em. Jestem wielkim fanem tego duetu, ale nie ma przebacz. Odpadł także czarny koń jakim jest genialne przecież Ultramagnetic MC's i ich Critical Beatdown. W ten oto sposób powstała najtrudniejsza lista jaką kiedykolwiek musiałem sporządzić. Dużo wyrzeczeń, ale wszystkie LP, które się na niej znalazły są wielkie - historia gatunku i tu nikt tego nie może zaprzeczyć. Oczywiście ktoś się spyta czemu nie mogłem stworzyć np. top50 czy top100? Po pierwsze kto by przez to przebrnął, a po drugie macie tutaj szczyt wszystkich szczytów. Najlepsze z najlepszych, wyznaczniki jakości, która do dziś nie została pobita. I nie zapowiada się, że w ogóle kiedykolwiek to nastąpi... Let's go!


10. Redman
Whut? Thee Album
Def Jam, 1992








Każdy lubi poczucie humoru, ale te Redmana może niektórym niepodpasować. Typowo angielski, czarny niczym jego skóra, podany na kapitalnych beatach Ericka Sermona. Mnóstwo sampli, jeden na drugim, od mistrzów funku: Jamesa Browna, Clintona i jego pokrewnych projektów, Sly & The Family Stone i zespołu Zapp. Czy Ty wiesz jak się robi najlepsze imprezy? A blanty to Ty rolowałeś, wiesz jak? A może nie wiesz jak wyrwać najlepszą dziewczynę w okolicy? Tego wszystkiego i jeszcze kilka innych ciekawych rzeczy dowiecie się od Reggiego w swojej najwyższej formie. Tu macie trochę więcej o tym arcydziele od typka New Jersey.


9. Slick Rick
The Great Adventures of Slick Rick
Def Jam, 1988







Najlepszy storyteller jakiego kiedykolwiek świat słyszał. Kto nie zna "Children's Story" czy "Mona Lisa"? Najlepszy przykład na to, jak powinien brzmieć oldschoolowy rap. Świetne, trochę minimalistyczne beaty, idealnie tworzą jedną całość z popisami Slick Ricka. Co niektórych może razić, że jest to niekiedy seksistowski materiał, ale kto powiedział, że trzeba wszystko odbierać na poważnie? Dla tych z odpowiednim dystansem? Nie. Dla wszystkich. "Once upon a time not long ago / when people wore pajamas and lived life slow" - absolut panowie i panie, absolut.


8. Public Enemy
Fear of a Black Planet
Def Jam, 1990








It Takes a Nation Of Million To Hold Us Back jest jedną z najważniejszych płyt w historii muzyki w ogóle. Bardzo, bardzo lubię ten album, ale jeśli chodzi o Chucka D, Flavę i spółkę to zdecydowanie wolę Fear of a Black Planet. Ich drugi album był bardziej "rockowy" - więcej gitarowych brzmień itp. Trzeci LP jest zdominowany przez bardziej funkowe dźwięki, dodatkowo jest jeszcze więcej trąbek, klaksonów i innych dźwięków ulicy. Tekstowo ponownie jest bardzo mocno i politycznie - Chuck nie wychodzi z formy, Flavor Flava rozprawia się ze służbami porządkowymi w "911 is a Joke", a Big Daddy Kane i Ice Cube udowadniają, że w ówczesnym czasie są obok gospodarzy najmocniejszymi głosami czarnej Ameryki. Nieznacznie słabszy (o ile słabszy) album od wielkiego poprzednika, tyle tylko że bardziej przyswajalny. Tutaj w PK.


7. Nas
Illmatic
Columbia, 1994








Jeśli w zestawieniu zachodnich produkcji, The Pharcyde zajęło "dopiero" 10 miejsce, to co będzie po tej lekturze? Illmatic zajmuje dopiero siódmą pozycję i przyznaję, że jest to w pełni świadomy wybór. Wiem, że się nie zgadzacie, trudno. It ain't hard to tell? Jednak hard. Obiektywnie (fuck, za dużo tego słowa używam ostatnio) jest to prawdopodobnie najlepszy rapowy album wszech czasów - tekstowo i beatowo równać się z tym dziełem może Ready To Die, które zajęło najniższe miejsce na podium. Jezu, to jest jedna z tych płyt, do której nie dopuszczam myśli, że ktoś tego nie zna. Obowiązkowe dla wszystkich, niezależnie od ulubionego gatunku. Sprawdź ten list, jeśli Ci mało.


6. De La Soul
3 Feet High and Rising
Tommy Boy, 1989








Kolejny mega pozytywny i szalony materiał. "The Sgt. Pepper of hip hop" jak to napisali w Village Voice (haha, co nazwa) i "One of the greatest albums ever made" wg New Musical Exress. A to tylko część pozytywnych opinii co do tego krążka. Posdnuos i Dave na majku wymiatają strasznie, Maseo troszkę odstaje plus Q-Tip i Jungle Brothers, którzy wpadli z wizytą w "Buddy". Dodajmy do tego Prince Paula z samplerem i mamy majstersztyk. Na szczególną uwagę zasługują też pionierskie skity, które są... teleturniejem. Dodajmy, że po wykorzystane po raz pierwszy w historii hip-hopu. I nie pomyśl, że są to dzieci kwiatów!


5. EPMD
Strictly Business
Fresh Records/Priority, 1988








A na cholerę multum gości?! Po co inni producenci?! Przecież całą robotę mogą odwalić Erick Sermon i PMD! I odwalili moi drodzy. I to taką, że ten album nigdy się nie znudzi. Sampling wcześniej niespotykany, bas jest istnym trzęsieniem ziemi. No właśnie - bas. Ten z "It's My Thing" był wykorzystywany już przez Tha Alkaholiks czy u Jaya na Reasonable Doubt. Dodatkowo ten utwór został wybrany na najlepsze rapowe nagranie w historii przez czytelników magazynu The Source. A rymy? Też niespotykane wcześniej, podobnie jak sposób ich podania. Parrish i Erick po prostu mówią - to nie żart. Mówią, bez żadnych zabaw głosem. Popisy DJ'skie w "DJ K La Boss" do dziś mogą budzić respekt. No i ten początek sagi o Jane - wspaniałe.


4. Eric B. & Rakim
Paid in Full
4th & B'way, 1987








I w tym momencie I ain't no joke. Kto jest najlepszym MC wszech czasów? Jaki jest ulubiony raper twojego ulubionego rapera? Proste, że Rakim. Pionier wszystkiego, co w tej sztuce jest najlepsze. I tak leci, sorry, teraz się mówi płynie, już od 1987 roku, kiedy to wraz z Ericiem B. wydał Paid in Full - kolejny rapowy masterpiece obowiązkowy dla wszystkich. Trzeba dziękować Bogu, że to Ra nagrał z Ericiem ten album, a nie Kool G Rap (oczywiście nie odmawiając mu wielkiej klasy). Co można napisać o Ericu? Zrobił to co do niego należało. Funkowy materiał, znów niesamowite natężenia sampli, a do tego pomoc samego Marleya Marla. Peace.


3. The Notorious B.I.G.
Ready To Die
Bad Boy, 1994








W ogóle pisanie o tej płycie jest nie na miejscu. Każde moje słowo pochwalne będzie wyglądało co najmniej śmiesznie. Najlepsza z najlepszych, znajdująca się niemalże w każdym zestawieniu najlepszych płyt ever made, magazynów traktujących o muzyce. Sukces komercyjny adekwatny do artystycznego. Wrażenie może psuć trochę westcoastowy "Big Poppa" - nie oszukujmy się - na zachodzie robią lepsze kawaliny tego typu, ale jako całość Ready To Die nie ma sobie równych. Jest obiektywnie najlepszy.


2. A Tribe Called Quest
Midnight Marauders
Jive, 1993








Z wyborem najlepszej płyty A Tribe Called Quest jest zawsze problem. Debiut o najchujowszej nazwie świata (której notabene nigdy nie powiem z pamięci) czy Low End Theory? A może zawieszony stylistycznie gdzieś pomiędzy nimi Midnight Marauders? Tak, trzeci LP Q-Tipa i spółki jest moim ulubionym. Równie przystępny jak People's... i trochę mniej ociekający jazzem jak poprzednik. W końcu lirycznie Phife powoli dościga Q, patrz "8 Million Stories". A lider? Prawdopodobnie najlepsze swoje zwrotki i beaty. Dorzuć do tego mocnych Skeff Anselma i Large Professora. Tylko jedna rzecz mnie denerwuje na tej płycie: Busta Rhymes i jego darcie japy. No ale wybaczam, bo dla takich kawałków jak "Award Tour", "Sucka Nigga", "We Can Get Down" i "Midnight" człowiek przychodzi na świat.


1. Jay-Z
Reasonable Doubt
Roc-A-Fella, 1996








Nie jest to najlepsza płyta w historii rapu. Czołówka, absolutna czołówka, ale obiektywnie patrząc koniec pierwszej dziesiątki, początek drugiej - coś takiego. Nie ma tutaj najlepszych tekstów. Są genialne, ale były lepsze. Z beatami podobnie - wybitnie, ale na Ready To Die czy Illmaticu lepiej (znowu kurwa obiektywnie). Charyzma? Hmm... W tej kwestii to Biggie jest królem, Jaya ulokowałbym zaraz za nim. To wszystko obiektywnie (no kurwa, znowu). Więc co do cholery Reasonable Doubt robi na pierwszym miejscu? Bo z tą płytą jest podobnie jak z Doggystyle, tyle tylko, że debiut Jaya można bardzo lubić bądź kochać. Ja kocham, od pierwszego odsłuchu i z każdym kolejnym jestem uświadomiony dalej w tym, że jest to najlepszy album jaki kiedykolwiek dane było mi usłyszeć. Przecież każdy ma swoją płytę życia, co nie? Tu wiecie co.

Krótko i na temat: Press Play


P. Diddy
Press Play
Bad Boy, 2006

33%






Po co dzisiaj, krótko bo krótko, będę się rozczulał na temat Press Play? Przecież nikt o tym już nie pamięta i pamiętać raczej nie chce. Muszę coś zgnoić w końcu we wtorkowym cyklu. Drugi solowy album charakteryzuje się przede wszystkim genialną w swojej prostocie okładką i niewiele gorszym bookletem, opisującym historię spotkania Combsa z pewną piękną panią. I to by było na tyle plusów. Wchodzisz na wikipedię, patrzysz na genre i widzisz takie nazwy: dance-pop, electropop, pop, pop-rap. Mi się robi od razu niedobrze, nie wiem jak Tobie drogi czytelniku. I własnie klimaty popowe tutaj dominują. Teksty pisane przez ghostwriterów, i to nie byle jakich, bo jest Nas, Luda czy... Pharoahe Monch, oscylują wokół imprez i miłości szeroko pojętej. Wszystko podane na w większości plastikowych beatach od innych wielkich: Just Blaze'a, Timbo, Kanye Westa, Havoca, Neptunesów czy samego Puffa. Gościnnie inni potężnego kalibru - ci od rapu jak Nas, Cee-Lo i Big Boi, jak i panie bardziej przystępne dla masowego słuchacza: Nicole Scherzinger, Christina Aguilera, Ciara. Fajne babki na bardzo słabej płycie. Legendy też takie muszą nagrywać.

niedziela, 28 czerwca 2009

Top10: Zachód.

Na południu to był pikuś, prawdziwe schody przy wyborze moich ulubionych płyt zaczynają się właśnie na zachodnim wybrzeżu. Nie słucham tego dużo (yeah, NY rules!), ale jest tam kilkanaście pozycji, które zwalają mnie dosłownie z nóg. Wstępnie wybrałem ich 24 i wielkim problemem był wybór ostatecznej dziesiątki. Niech te czternaście klasycznych bądź co bądź albumów zostanie moją słodką tajemnicą. Podpowiem tylko, że nie ma w nich ubóstwianego przez gimboyów 2Paca czy Ice Cube'a, którego lubię, ale... wolę innych. Pierwszy Del, Souls Of Mischief, Paris - ups, teraz trochę się sprzedałem, ale ciii, więcej nic nie mówię. West coast nigga, west coast byatch, a co to dopiero będzie za niedługi czas jak będę wybierał swój top z NYC i okolic? Jak zwykle jestem ciekaw Waszej opinii, więc jeśli ktoś ma swoje typy, niech pisze w komentarzu.


10. The Pharcyde
Bizarre Ride II The Pharcyde
Delicious Vinyl, 1992








Cooo?! Dopiero na 10 pierwszy Pharcyde?! No. Co niektórzy mnie pewno za to pojadą, ale zobaczcie tytuł. Mój top, czyli stricte subiektywnie. Nie można odmówić tej płycie w zasadzie nic, więc czemu ląduje dopiero na 10 miejscu? Kurde, nie wiem... Może dlatego, że rzadko jej słucham? Może dlatego, że od zawsze w pamięci mam tylko "Soul Flower", a reszty jakoś za bardzo nie pamiętam? Pewne jest, że zawsze kiedy jej słucham to jestem zauroczony. A od zaurocznie do zakochania spora droga, no ale miłości się nie wybiera, więc z czasem kto wie co się stanie?


9. The Gift Of Gab
4th Dimensional Rocketships Going Up
Quannum/Epitaph, 2004








"Way of the Light
Just like a sudden rush
Just flowin all through my soul now
Way of the Light
It feels like a certain miss someone
That I wanna get up wit'
Way of the Light
Everything's alright now
When ya living in the Light now
Way of the Light
Way of the Light"

I ten refren po prostu niszczy. Już bez Chief Xcela, którego zastąpiło z lepszym (Vitamin D) i gorszym (Jake One) skutkiem dwóch innym, wtedy mniej znanych producentów. Nie oni jednak grają tutaj główną rolę. Jest już zupełnie inaczej niż na Blackaliciousach. Tym razem nie ma jednego perfekcyjnego robota, a są totalitarne rządy gospodarza. Liryczne popisy są nie z tej ziemi. Zresztą, mówi to już sama okładka, przepiękna okładka dodajmy. "Everything's alright now / When ya living in the Light now" - wymiękam, naprawdę wymiękam. Tu płytka w PK.


8. Dr. Dre
The Chronic
Death Row, 1992








Najprawdziwszy i najczystszy G-Funk. Początek eksplozji popularności tego gatunku. Płyta wielka, mieszcząca się od zawsze we wszelakich rankingach na czołowych pozycjach. Buja aż miło, idealna na wakacje. Synku, myślisz że 2cztery7 to styl G, a Peja to gangsta? Daj się ponieść ponad godzinnej podróży po Kalifornii low riderem w czasach kiedy rap był rapem. Tylko ta buracka okładka psuje trochę ogólne wrażenia... Recenzja tutaj byatch!


7. DJ Shadow
Endtroducing.....
Mo'Wax, 1996








Najlepszy instrumentalny hip-hopowy album w historii. 100% sampli. Absolut. "Midnight In A Perfect World" - zaraz, zaraz, nie zna ktoś tego? Ten OBOWIĄZKOWY album na półce został opisany przeze mnie tutaj. Naturalnie w Pozycji Klasycznej, bo jakżeby inaczej?


6. Jurassic 5
Power in Numbers
Interscope Records, 2002








Tu pojawił się dylemat. Który z albumów jurajskiej piątki mam wybrać: Quality czy Power in Numbers? W zasadzie to powinni znaleźć się oba, ale do Dre chłopakom daleko, więc tego przywileju mieć nie będą. Pierwsze co się rzuca to dominacja Chaliego 2na - zdecydowanie najlepszy i najbardziej charakterystyczny raper grupy. Beaty to znowu bardzo udane dzieło Nu-Marka i Cut Chemista wspomaganych przez Juju i chłopaków z Sa-Ry. Kurwa, ale dlaczego Power in Numbers, a nie Quality?! Spokojnie, panowie... Bo na ich trzecim LP jest "Hey", "I Am Somebody" i "Remember His Name", które nie dość, że rozpieprzają podkładami to jeszcze ten tuńczyk w apogeum formy. Plus gościnnie Big Daddy Kane i Nelly Furtado - mocne.


5. Evidence
The Layover EP
Decon, 2008








Zaskoczenie? Na pewno. Jeszcze w miarę świeża produkcja, która światło dzienne ujrzała pod koniec zeszłego roku. Krótka, aczkolwiek bardzo treściwa płytka od reprezentanta Dilated Peoples, moja ulubiona z kregów wszystkich wydawnictw tej grupy. Fantastyczna od początku do końca, kapitalne featy (Phonte!), ale to Ev rozdaje tutaj karty. Żeby na takim poziomie było tylko Cats & Dogs - LP, które poprzedza ta wybitna EPka. Tu pisałem trochę więcej o The Layover EP.


4. Blackalicious
Blazing Arrow
MCA Records, 2002








Swoje o tej płycie już napisałem w tej recenzji, swoje napisał też Calak tutaj i swoje powiedział Krzysztof Zakrocki z Porcysu w tym miejscu. Wszyscy zgodni co do jednego - wybitny album, więc kolejne moje "ochy" i "achy" nie mają tutaj większego znaczenia. Trzy nagrane LP i każdy jest wybitny, kto tak potrafi? Dziękuję Chiefie, dziękuję Gift of Gabie.


3. Dr. Dre
2001
Aftermath, 1999








Może to dziwne, ale zdecydowanie wolę 2001 od The Chronic. Nie jest już tak słonecznie jak poprzednio, bardziej mrocznie, no ale ta klasa Dre i Mel Mela - miód. "Murder Ink", "The Watcher", "Xxplosive", "Housewife" i "Ackrite" to jedne z najważniejszych utworów jakie kiedykolwiek dane było mi usłyszeć. Znowu nośny singiel jak poprzednio - "Still D.R.E." - z niezapomnianymi klawiszami Scotta Storcha. Znowu Snoop w wybornej formie. Znowu Dre pokazuje kto tu rządzi.


2. The D.O.C.
No One Can Do It Better
Ruthless, 1989








Gdyby nie tragiczny wypadek, to kto wie czy teraz nie mówilibyśmy częściej o The D.O.C. niż o Snoopie, Ice Cubie czy innych gwiazdach tamtych czasów? Po raz kolejny w tym rankingu produkcje mistrza Andre Younga, czyli Dr Dre z pomocą innych mistrzów funku i soulu - samego George'a Clintona i Issaca Hayesa. A The D.O.C. jest dla mnie najwybitniejszym raperem, jaki kiedykolwiek pojawił się w Los Angeles.


1. Snoop Dogg
Doggystyle
Death Row, 1993








Tą płytę można:

A) Lubić.
B) Bardzo lubić.
C) Kochać.

Ja wybieram C. Mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o Los Angeles i okolice. Nie znam osoby, która powiedziałaby złe słowo na tą produkcję. Czy to mistrzowskie beaty Dre, czy nieśmiertelne i niepobite flow Snoopa - tu wszystko jest najwyższej jakości. Teksty? Dość mocne, ale u takiego D.O.C. jest z tym lepiej. Dlaczego więc wygrywa Snoop? Bo to album magiczny, patrz odpowiedź C.

czwartek, 25 czerwca 2009

Ortega Cartel - Lavorama


Ortega Cartel
Lavorama
Sixteen Pads, 2009








Proszę Państwa! Przed chwilą obejrzeliśmy właśnie ostatnich uczestników dzisiejszego finałowego odcinka programu Idol! Sprawdźcie wszyscy co mają do powiedzenia nasi jurorzy o Patr00 i Piterze!

Robert Leszczyński:

Cholera, wiecie że ja udaje, że znam się na hip-hopie. Napisałem kiedyś, że Jay-Z się wybił dzięki bardziej znanym kolegom z branży. Kurde, chłopaki, ja nie wiedziałem jak to jest... Musiałem coś napisać! Oczywiście najlepszym zespołem świata jest Prodigy, każda ich kolejna płyta jest lepsza od poprzedniej - zdania co do tego nie zmienię! Teraz przecież wyszło Invaders Must Die, które jest wg mnie lepsze od Always Outnumbered, Never Outgunned, a Always Outnumbered, Never Outgunned od The Fat of the Land! Kurde chłopaki... Jesteście moim drugim ukochanym zespołem po Brytyjczykach! W poprzedniej edycji programu mówiłem, że Szymon Wydra jest tym, kogo szukam. Wtedy jeszcze was nie znałem! Wspaniała ta wasza Lavorama! Jestem na tak!

Jacek Cygan:

Hehe, fajne, hehe. Chłopaki, wy naprawdę macie talent! Jesteście murowanymi faworytami do wygrania tego programu i chyba musiałby się zdarzyć katastrofa, żeby było inaczej. Dzięki wam zaczynam poznawać hip-hop. Panowie, jeśli chcecie kiedyś jakieś teksty to śmiało możecie mówić - ja wam z przyjemnością pomogę! Do niczego nie mogę się przyczepić! Jesteście wspaniali, tak trzymać! Trzymam za was kciuki i jestem zdecydowanie na tak! Powinniście wygrać tegoroczną edycję, teraz wszystko w rękach widzów! Apeluję z tego miejsca - nie poskąpcie na nich!

Elżbieta Zapendowska:

W poprzedniej edycji programu był śmiałek co "śpiewał" Kalibra 44 i "Babie lato". No ten Kaliber to bardzo przekonywująca kapela i uważam że warto szukać w hip-hopie. Wy jesteście tylko tego potwierdzeniem. Co prawda z umiejętnościami wokalnymi nie jest u Was najlepiej, ale wszystko nadrabiacie, yyy, no nadrabiacie, yyy. Panowie! Takich dwóch, jak was trzech to nie ma ani jednego! Jestem na tak! Podobnie jak Jacek, wg mnie wygracie tegoroczną edycję. Jesteście po prostu najlepsi. Drodzy widzowie, pomóżcie tym dwóm sympatycznym chłopcom!

Kuba Wojewódzki:

No Patr00, Patr00... Perkę to ty masz lepszą ode mnie! Człowieku, mnie to kopara opadła! Jak ty to robisz?! Teraz jak mam nowe Ferrari to podczas jazdy słucham na full takiego "Niby Się Żyje", na zmianę z nowym Lady Pank, U2 i Rolling Stones! Bracie, ten hip-hop to jednak nie takie bagienko jakby mogło się wydawać! Przekaż tylko Tedemu, że czekam na niego w moim show. Co on? Wydygany jakiś jest?! Tymi poprzednimi uczestnikami to rzygam. Gdzie oni do was, pytam się?! Dzięki wam odzyskałem wiarę w ten program i kulejącą polską muzykę. Hah, to do Ciebie diamentowa suko, teraz ci pojechałem! Ode mnie macie olbrzymi plus. A jeśli widzowie zdecydują inaczej to porozjeżdżam czerwoną strzałą. Joł ziomale!

Mija godzina...

I tak głosami widzów Patr00 i Piter Pats zostają największymi zwycięzcami tego roku.

Wokale:
Patr00, Piter Pits, O.S.T.R., Reno, Jesse Maxwell, Spinache, Karma, Goser, Puffy Coates, Mielzky, Tede, Proceente.

Produkcja:
Patr00.

Ocena: 9 / 10

wtorek, 23 czerwca 2009

Krótko i na temat: Dirty Acres


CunninLynguists
Dirty Acres
APOS Music/Bad Taste Records, 2007

78%






Will Rap For Food było petardą jakiej dawno nie słyszałem w rapie. Drugi album CunninLynguists - SouthernUnderground - początkowo wydawał mi się dość przeciętny, ale "Seasons" z Masta Acem to miód. Dwa mixtapy z rzędu mają swoje dobre i słabe momenty (freestyle na "Skew It On The Bar-B" jest istnym popisem). A Piece Of Strange ujęło mnie swoim pięknem beatów. Po tych krążkach przyszła pora na (wtedy) najnowszy Dirty Acres. Cieniutko, oj cieniutko, a miejscami wręcz fatalnie. Zdecydowanie najsłabsza pozycja w dyskografii ekipy z Kentucky. Minęło trochę czasu i postanowiłem sobie odświeżyć wszystko od CL po kolei. Leci pierwszy, drugi, trzeci i w końcu zdecydowałem się dać ostatnią szansę ich czwartej płycie. Po tym odsłuchu wiedziałem jedno - jest to NAJLEPSZY ich album. Nie mam pojęcia czemu na początku go skresliłem. Beaty przepiękne, bijące na głowę te z A Piece Of Strange. "Valley of Death", "Dance For Me", "Georgia" i zaraz wymienię całą tracklistę. Tekstowo u nich nigdy nie było najwyższych lotów. Jest solidne, bez rewelacji. Dobrze, że trochę urozmaicenia wnoszą Phonte i Devin The Dude - brawo! No ale ten Kno to i tak pozamiatał na całej linii. Respekt białasie.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Juice wybiera swoją 100...

Swego czasu niemiecki Juice wybrał listę 100 najlepszych rapowych płyt w historii. Dopiero przedwczoraj na nią trafiłem, ale chodzi mi od tamtej pory po głowie. No bo jak kurwa można nie dać The Diary, Ridin' Dirty, Only Built 4 Cuban Linx..., Daily Operation, Whut? Thee Album, Fear Of A Black Planet bądź Reflection Eternal?! To mi przyszło pierwsze na myśl. Każdy kto ma głowę na karku, powie to samo.

Jestem miłośnikiem takich rankingów, uwielbiam je i czytam często, ale pominięcie wspomnianych przeze mnie płyt zakrawa na śmieszność redaktorów. A to, że Ready To Die dopiero na 29 miejscu? Pff... Reasonable Doubt na 86? Jeszcze większe pfffff.

Co na liście robi Iam (Francuzi?!), JVC Force, Derelicts of Dialect, Son Of Bazerk czy School of Hard Knocks? Czy są AŻ tak dobre, że spokojnie łapią się w setce? Takie zestawienia to zawsze jest zabawa i budzą dużo kontorwersji, ale to co zrobili ludzie z Juice jest co najwyżej kiepskim żartem. I to tych najniższych lotów. Dodam, że ranking ukazał się w 2002 roku.

Pierwsza dziesiątka prezentuje się następująco:

1. Boogie Down Productions Criminal Minded
2. Gang Starr Step In The Arena
3. Eric B. & Rakim Paid In Full
4. Nas Illmatic
5. Dr Dre Chronic
6. N.W.A. Straight Outta Compton
7. De La Soul 3 Feet High And Rising
8. Public Enemy It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back
9. A Tribe Called Quest Low End Theory
10. EPMD Strictly Business

Całą tą komedię możecie zobaczyć tutaj.

Ostatnio, w którejś notce na blogu Cały pojawił się temat zrobienia przez autora listy 50 płyt, które miały na niego największy wpływ (czy coś takiego, no wiecie ocb). Co z tego wyjdzie nie wiadomo. Andrzej rozgarnięty człowiek i lista raczej by była fajna, choć na pewno z kontrowersjami. Brakuje takich zestawień w Polsce, a już na pewno polskiej listy.

Podobne przedsięwzięcie miałem robić na początku istnienia bloga, płyty zarówno z USA jak i Polski, ale... Cięzkie zadanie. Przedstawiałem Wam listę swoich ulubionych płyt z południa, tam nie było problemu. Aktualnie tworzę drugą część, tym razem Los Angeles i okolice. Tutaj zaczynają się schody. Co wyjebać, czy A jest lepsze od B, czy wybrać może C, żeby się nie ośmieszyć? Nie no, o ośmieszaniu nie może być mowy, przecież Top10 jest stricte subiektywne - moje Top10. Mam 24 wybrane pozycje, teraz 14 trzeba usunąć. Myślę, że pod koniec tego tygodnia, bądź na początku przyszłego dojdzie do publikacji tego. Schody się zaczną przy NYC i okolicach... Skoro zachodniego słucham dużo mniej, a jest spory problem, co to będzie przy moich ulubionych klimatach?

Z polską listą jest inny problem... Czy aby na pewno jest 100 płyt, które warto znać? Moim zdaniem nie. Mes powiedział kiedyś, że max 30 - reszta wypierdalać. Może 50, 60, ale to nie są tak samo magiczne liczby jak "setka". Zobaczymy co to będzie, na razie walczę z LA, potem batalia z NYC, brrr.

niedziela, 21 czerwca 2009

Pełna profeska.

"Pomysł był mój, wykonanie było moje, darowałem ci życie, czyli trzy sztaby pan Lipski, jedna sztaba pan Siara..."

Jakoś tak szedł ten cytat z Kilerów 2 (lata już nie te, pamięć również), idealnie obrazujący sytuację o założeniu nowego portalu. Takiego z prawdziwego zdarzenia, nie jakiś tam pseudo-amatorskie HHzone, Allrap czy Offbeat (który teraz nosi nazwę RapDuma czy coś takiego). Z całym szacunkiem dla wymienionych tutaj zinów, ale chłopaki nie mają nawet startu do niezbyt lubianego i jedynego w tym kraju portalu z kreską. Ot, brutalna polska rzeczywistość.

No właśnie... Portal Hip-hop.pl jaki by nie był, jest praktycznie jedynym aktualnym źródłem informacji o tej kulturze w tym kraju. Nie będę ukrywał, że polskie newsy biorę praktycznie stamtąd, no chyba że prędzej coś dadzą Spinerzy (Mateusz Natali szacunek), Axun czy inni koledzy po fachu wczoraj propsowani przeze mnie. Oprócz wiadomości rzetelnych i sprawdzonych, dawanych przez same labele, wykonawców etc., pojawia się dużo śmieci robionych specjalnie dla jaj przez dzieci Neo, nałogowych miłośników Naszej Klasy, elo-prawilnych ziomków czy innych wynalazków. Pół biedy gdyby była moderacja tego, ale widocznie pan życia i śmierci na tym portalu - Seba Muliński - nie chce tracić kasy dla moderatorów. Zapomina chyba o jednym. Są ważniejsze rzeczy niż 300 baniek (nie tylko 600 baniek), a honor i prestiż portalu powinny być sprawą nadrzędną. Przecież i tak zyski by były spore.

Hip-hopowym portalem idealnym jest dla mnie HipHopDX. Recenzje, newsy i inne bajery są jakby stworzone wprost dla mojej osoby. Odnajduje się tam najlepiej. Problemem może być bariera językowa dla niektórych, osobiście także mam nieraz problem co i jak, ale warto odwiedzać. Najrzetelniejszy portal hip-hopowy w sieci? Być może, choć nie należy zapominać, że w USA jest sporo takich rzeczy i nie sposób je wszystkie poznać. W Polsce natomiast rządzi dla mnie Porcys. Mało hip-hopu, szkoda, ale dłuższe teksty są na najwyższym poziomie, nieosiągalnym jednak dla CGM (brawo za nową szatę graficzną), Spinnera czy Infomuzyki. Recenzje dawnego, dobrego Borysa i spółki, zwłaszcza te ironiczne (tu i tu ideały sarkazmu) są najlepsze w Polandzie. Brakuje co prawda newsów, ale... Te posiada w sobie Pitchork - serwis najlepszy z najlepszych, ojciec Porcysu i matka Screenagers (bądź na odwrót jak kto woli). Jak dla mnie absolutny numer jeden, przebijający spokojnie Allmusic. Ma w sobie wszystko to, co powinien mieć muzyczny portal z prawdziwego zdarzenia.

Takiego czegoś zdecydowanie brakuje w Polsce i w czasach gdy prowadziłem pierwszego bloga (Muzyki Miasta chyba nie zna żaden z czytelników RAPortu) zrodził się pomysł, żeby coś takiego stworzyć, zupełnie od podstaw. Nie miałem w zamiaru tworzyć serwisu stricte hip-hopowego, ale ogólno muzyczny, w którym siebie wraz z kilkoma osobami widziałbym w dziale z czarną muzyką. Polski Pitchork? To byłoby coś!

Wczoraj (a w zasadzie dzisiaj po publikacji kolejnego, cholera!, trzydziestego już odcinka Słowa...) rozgorzała dyskusja w komentarzach na ten temat. Zebrać w kupę kilku bloggerów i publikować wszystko w jednym miejscu. W sumie racja, po co na kilku blogach dawać te same newsy jak zauważył c-u? Inicjatywa zacna, ale jest jedna przeszkoda, o której wspominał już Tirex. Koszty, koszty, koszty. Wiadomo, że nie są to kwoty liczone w setkach złotych, ale tysiącach, jeśli miałoby to być coś profesjonalnego, bo po co robić fuszerkę jak małe portale? Na wyższym poziomie, zarówno merytorycznym, jak i "ogólnym" (intrefejs jeśli można to tak nazwać...) są blogi prowadzone przez kilku zapaleńców. Wszystko przejrzyście, podane jak na tacy. Blog to spory plus, czytaj niezależność. Nie musisz z nikim iść na kompromis, robisz wszystko sam, jak ci się jawnie podoba itp. Jednak ustępstwa są wymagane (jak wspomniał dzisiaj Lite, połowa "redaktorów" pobiła by się o recenzję np. Lavoramy), jeśli chce się stworzyć coś wspólnie i jeśli to ma mieć głębszy sens.

Tym głębszym sensem powinna być oczywiście alternatywa dla kreskowego portalu. Jak już wspominałem wcześniej, osobiście wolałbym rzecz ogólno muzyczną. Takowa także by była świetną odskocznią od Seby i jego bandy (patrz przykład Spinnera). Formowanie ekipy, która by to prowadziła nie byłoby problemem. Problemem by było zatrudnienie grafików, informatyków etc. No bo niby kto się zna na programowaniu i robieniu profesjonalnych "obrazków"? Ja nie, dlatego mam bloga i to na Bloggerze, bo jest najprostszy w obsłudze. Strona musiałaby na siebie zarabiać (oh yeah, jestem jak Tede, kocham hajs!) by utrzymywać to wszystko.

Wyobraźcie sobie, że taki portal, dawałby partonaty płyt, promował dobre imprezy i mniej znanych artystów. Pełna profeska. Obiektywne recenzje, za które grozi wjazd na chatę ludzi pokroju Popka, Waszki czy innej grupy obcojęzycznej jest jak Mastercard - bezcenny. Coroczne rozdawanie nagród dla najlepszych płyt, raperów, zespołów, producentów i takie tam. A może organizowanie festiwalu coś na styl Kempu? Hola, hola, zagalopowałem się, ale połowa z tych rzeczy jest całkiem realna tylko ta kasa, kasa...

A może najlepszą opcją jest nowy blog, dajmy na to na Wordpressie, skupiający wszystkich bloggerów? Jest to także dobra opcja, raczej bez newsów, skupiająca się na recenzjach, relacjach, felietonach czy innych dłuższych tekstach. Myślę, że na początek nie byłoby to złe, trzeba by było to rozważyć. Drugim plusem takiego przedsięwzięcia by było to, że każdy mógłby zachować swojego bloga, bo prowadząc profesjonalną stronę raczej by nie było na niego czasu. Pożyjemy, zobaczymy.

Trochę "filmowa" wyszła ta pół notka - pół felieton, ale fajnie jednak by było dzielić się sztabami złota z zysków z takiej inicjatywy, choć zapewne życie brutalnie weryfikuje plany. Pierwsze dwa kroki ku lepszemu zostały już uczynione. Pomysły zrodziły się w głowach, to po pierwsze. Po drugie, sprawa została z deksza nagłośniona na blogu. Pozostaje teraz czekać na krok trzeci, a nuż nadejdzie prędzej niż można by było się tego spodziewać...

PS.
Ogólnie duży props dla c-u, dzięki któremu rozwinęły się takowe myśli.

sobota, 20 czerwca 2009

Pete Rock - Soul Survivor


Pete Rock
Soul Survivor
Loud Records, 1998








Dawno, dawno temu usłyszałem "Da Two" Pete Rocka z C.L. Smoothem. Ten utwór sprawił, że postanowiłem sprawdzić dzieło tego pierwszego pt. Soul Survivor. Był to mój pierwszy kontakt z Pete Rockiem, który sprawił że zacząłem wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia (w tym przypadku raczej usłyszenia). Potem przyszła kolej na kolejne produkcje tego pana i dalej utwierdzałem się w przekonaniu, że jest najlepszy. Pojedyncze utwory dla Nasa, AZ, Ghostface'a, całe INI czy przede wszystkim kolaboracja z C.L. Smoothem potęgowały tylko to, że jest w moim mniemaniu najlepszy.

Po różnych przejściach z C.L.'em, w 1998 roku Pete Rock postanowił wydać solowy materiał, na który zaprosił całą ówczesną rapową śmietankę. Jest to jedna z tych postaci, którym się nie odmawia i w ten oto sposób na jednej płycie mamy członków Wu-Tang Clanu, Prodigiego, O.C., Lorda Tariqa z Peterem Gunzem, dawnego kompana C.L. Smootha, Big Puna i Commona. Oprócz nich znalazło się miejsce dla reprezentantów zachodniego wybrzeża, takich jak Kurupt czy MC Eiht. Jedni spisali się lepiej, inni słabiej - nieznacznie poniżej swoich możliwości. Bardzo ciekawie przedstawia się zestaw wykonawców w jednym utworze: Inspectah Deck i Kurupt w "Tru Master", Big Punisher, Common i Noreaga w "Verbal Murder 2" czy Large Pro i Kool G Rap w "Truly Yours ’98". Wszyscy uzupełniają się doskonale, ich dobór jest naprawdę znakomity. Na szczególną uwagę zasługuje także występ pań: Vinja Mojica czy Miss Jones wnoszą duży powiew świeżości.

Za mikrofonem na pewno najsłabiej spisuje się sam Phillips. Nie jest wielkim raperem, ale też zbytnio nie wadzi jakbym mogło się wydawać. Jest przeciętnym MC, jednym z wielu, który wyróżnia się tym, że jest wybitnym producentem. W każdym tracku, w którym rapuje z kimś innym, zostaje przez niego "przyćmiony". Czy to C.L., czy Method Man, czy inny super producent Large Proffesor, który notabene jest także dobrym raperem. Rap gospodarza jest jedynym momentem, do którego można się tak naprawdę przyczepić i szukać dziury w całym.

Jednak nie to u Pete Rocka jest najważniejsze. MC jest może i przeciętnym, ale producentem wybitnym, jednym z najlepszych w historii, a Soul Survivor jest tego potwierdzeniem. Ta płyta jest małą zmianą jego stylu. Już nie sampluje tyle co na wcześniejszych albumach z C.L.'em, próbki zostały w znacznym stopniu ograniczone. Nie ma już także tego "ciepłego" klimatu. Jest brudno i undergroundowo, z mocnymi perkusjami. Są wyjątki jak np. soulowe "Mind Blowin'", "One Life to Live" czy "Take Your Time", ale są one w zdecydowanej mniejszości. Producencko Soul Brothera wspomogli także jego brat - Grap Luva - w "Half Man, Half Amazin" oraz inny wielki i legendarny producent - sam Marley Marl w "Truly Yours ’98".

Pete Rock nagrywał już lepsze płyty. Nie znaczy to, że Soul Survivor jest słabe - jest to duża klasyka, ale poziom np. The Main Ingredient nie został po prostu utrzymany. Poprzeczka wcześniej została bardzo wysoko zawieszona i prawie udało się jej dosięgnąć - a już na pewno w kwestii produkcji. Album najlepiej opisuje zdanie samego autora płyty na początku albumu: real hip-hop adventure. Nie pozostaje nic innego jak tylko zaakceptować te słowa i rozkoszować się pięknem tej produkcji.

Wokale:
Pete Rock, Inspectah Deck, Kurupt, Method Man, O.C., Raekwon, Ghostface Killah, Prodigy, Lord Tariq, Peter Gunz, Large Professor, Kool G Rap, Black Thought, Rob-O, MC Eiht, Carl Mcintosh, Jane Eugene, Vinia Mojica, Miss Jones, C.L. Smooth, Big Pun, Noreaga, Common, Tragedy Khadafi, Cappadonna, Sticky Fingaz, Heavy D, Beenie Man.

Produkcja:
Pete Rock, Grap Luva, Marley Marl.

Ocena: 8 / 10

czwartek, 18 czerwca 2009

Mobb Deep "Give Up the Goods (Just Step)"

Moim ulubionym albumem Mobb Deep jest zdecydowanie The Infamous. Nie jestem tutaj zbyt odkrywczy, drugi wspólny album Prodigy'ego i Havoca jest tym dla hardcorowego rapu czym Black Star dla truskuli. Cała płyta jest przepełniona mocnymi wersami, a najbardziej dosadne padają w dwóch singlach: "Shook Ones Pt. II" i omawianym dzisiaj "Give Up the Goods (Just Step)" - moim ulubionym kawałku ekipy z Queens.

Podkład tym razem wyszedł spod reki Q-Tipa i oddaje wszystko co najlepsze z połowy lat '90. Klasa, wielka klasa lidera A Tribe Called Quest. Prodigy w życiowej formie, nie gorszy występ Havoca i Big Noyda. Klip może nie najlepszy, ale czy to ważne? Najważniejsza jest jakość utworu, a ta w "Give Up the Goods (Just Step)" jest mistrzostwem świata.

Gdzie jest k... moje WFD?! #2

Historii z happy endem ciąg dalszy... Jak widać na zdjęciu wszystko skończyło się dobrze i otrzymałem już właściwy egzemplarz Powrócifszy... Bardziej bystrzy zauważą różnicę - poprzednio otrzymałem "płytę" z wyłamanym ząbkiem w trayu i trochę pogiętą okładką. Teraz jest już wszystko cacy i co najważniejsze jest też nośnik.

W ogóle dzisiejszy dzień zaczął się o 7 rano, kiedy to zadzwonił do mnie kurier, że ma dla mnie Lavoramę. Pobudka, wizyta tego pana o 10 i już nowa Ortega na odsłuchu. O wrażeniach podzielę się w najbliższych dniach w recenzjach obu płyt.

wtorek, 16 czerwca 2009

Krótko i na temat: Gravity


Bush Babees
Gravity
Warner Bros., 1996

76%






Jeśli dowiaduje się jeszcze przed sprawdzeniem, że na danym albumie będą jakieś jamajskie rytmy to od razu odechciewa mi się go sprawdzać. Nie lubię tego w rapie. W Polsce ostatnimi czasy szalenie popularny jest Miodu na feacie. Jeju, jak ja nie trawię tego kolesia... Na szczęście za Oceanem nie jest to zbytnio rozpowszechnione, tak jakby mogło się wydawać. Bush Babees czerpią z reggae i to sporo, ale jak to u nich brzmi! Ich pierwsze LP pt. Ambushed w ogóle nie przypadło mi do gustu, natomiast Gravity to już perełka. Mocno undergroundowy, łykający wszystko co najlepsze z Native Tongues, świetnie wyprodukowany przez Mr. Mana, Aliego Shaheeda i Posa oraz idealnie oddający klimat tamtych lat. Rapersko jest trochę gorzej - ani Lee Majors, ani Mr. Man nie są wielkimi raperami - wykonują swoją robotę bardzo solidnie. Jeśli do pomocy dodamy do nich Mos Defa i Q-Tipa jest jeszcze lepiej. A co można powiedzieć o Y-Tee - reggaeowym wokaliście? Ucz się Miodu, ucz jak się robi refreny. Gravity można porównać do Stakes Is High De La Soul. Jeśli przypadł Ci do gustu czwarty krążek Posa, Maseo i Trugoya to bierz w ciemno ten album.

Nowy klip Ortegi.

Co tu dużo gadać - zwiększa mój apetyt przed jutrzejszą wizytą kuriera z Lavoramą. Sixteen Pads jak zwykle na najwyższym poziomie. Szkoda, że podobnie jak Asfalt robi ostatnio z Ostrym, nie wydają oni singli do pełnoprawnych albumów. Wtedy by się działo!


Gdzie jest k... moje WFD?!

Widziałem już różne rzeczy przy zakupie płyt, ale to co spotkało mnie dzisiaj to ewenement. Kupowałem już połamane nośniki w postaci OutKasta i DJ'a Vadima, widziałem płyty bez okładek na półce (PTP w płockim Empiku na Podolach), ale żeby w środku nie było płyty?!

Właśnie to mnie dzisiaj spotkało. Parę dni temu zamówiłem na empik.com swój egzemplarz Powrócifszy... Będąc dzisiaj w Empiku na Starówce spotkałem płytę na półce, więc postanowiłem nie czekać na paczkę i ją kupić. Wracam do domu, zrywam folię, otwieram pudełko i... GDZIE JEST KURWA PŁYTA?! Bez kitu, nie ma płyty... Myślałem że może jest skitrana gdzieś w książeczce, a tu lipa - NIE MA! Rozmawiałem już telefonicznie ze sprzedawcą, jutro idę to wyjaśniać.

Kurwa, myślałem że już dzisiaj zacznę słuchać tego albumu na lajcie i powoli będę się zbierał do pisania recenzji a tu chuj - nie ma WFD. Ja pierdolę, mi to zawsze się przyfarci...

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Eminem - Relapse


Eminem
Relapse
Aftermath, 2009








Eminem wydaje nowy album. No fajnie, ale co mnie to obchodzi? Tak można przedstawić moje oczekiwania co do Relapse. Nigdy nie byłem wielkim białasa z Detroit, każda jego nowa płyta przechodziła u mnie praktycznie bez większego echa. Och, pardon! Były takie dwie!

W okolicach pierwszej klasy gimnazjum (2000 rok), na zielonej szkole, królowała u znajomych na walkmanie kaseta Slim Shady LP z megahitem na pokładzie w postaci "My Name Is". To pamiętam, akurat wszyscy się nią zachwycali. Druga to Encore z 2004 roku. Jakieś dwa lata temu kupiłem na Allegro wydanie specjalne z dodatkowym CD i dwudziestoma pięcioma zdjęciami - wszystko zapakowane w eleganckie pudełko. Kosztowało mnie to... 10 zł, oczywiście nówka, fabrycznie foliowana. Takie są moje przeżycia z Eminemem. Pozostałe płyty również znam, ale nawet The Marshall Mathers LP do mnie nie trafiło. Można by pomyśleć, że wolę typowych czarnuchów. I tak, i nie. Owszem wolę słuchać np. Redmana, ale jaram się także maksymalnie Evidencem, którego uważam jednak za lepszego od Shady'ego.

Mimo że fanem nie byłem, nie jestem i nie będę, zawsze będę szanował bohatera tej recenzji za to, jakim jest MC. I Relapse sprawia, że się to nie zmieni jeszcze przez długi czas. Lirycznie mamy do czynienia z prawdziwą bombą, cholernie szczerym albumem obrazującym ostatnie życiowe zakręty tego człowieka. Narkotyki, uzależnienie od leków, alkohol, depresja. Odskocznią od tej ciężkiej tematyki mogą być przerywniki bądź zabawa słowem, z której raper zawsze słynął. Kolejne nabijanie się ze świata show businessu może bawić, ale kolejne wzmianki o swojej matce w "My Mom" już nudzą swoją monotematycznością.

Najbardziej zmartwiło mnie to, że dużo gorzej sytuacja przedstawia się z drugim bohaterem krążka - Dr Dre. Już od dawna wszystko produkuje na jednym oklepanym schemacie, co jest trochę nużące, ale ile można? Powiew świeżości wnoszą kobzy w "Bagpipes from Baghdad", ale rodzi się pytanie, ile jest w tym zasługi Trevora Lawrence'a, który współprodukował numer? Podobnie jak "We Made You" tworzony razem z samym raperem i Doc Ishem. Gdy przychodzi samodzielnie coś wykombinować jest już zdecydowanie słabiej, choć "Stay Wide Awake" potrafi się jeszcze obronić. Samodzielna produkcja doktorka jest zdecydowanie najsłabszą stroną tej płyty.

Relapse jest cholernie nierówne. Z jednej strony mamy świetne utwory, jedne z najlepszych w bogatej przecież dyskografii rapera, takie jak "Bagpipes from Baghdad", "Same Song & Dance" czy "Beautiful", a z drugiej jest jeszcze więcej wypełniaczy pokroju "My Mom". Eminem jako MC nie zawiódł, gorzej jest z Dre i z racji tego rosną obawy przed Detoxem, o ile się on ukaże. Relapse posłuchać można, ale czy jest to dzieło na miarę dwóch pierwszych krążków białasa? Nie, jest mu zdecydowanie bliżej do tych słabszych płyt. Jest dobrze, ale bez rewelacji.

Wokale:
Eminem, Dr. Dre, 50Cent.

Produkcja:
Dr. Dre, Eminem, Trevor Lawrence Jr., Mark Batson, Dawaun Parker, Doc Ish.

Ocena: 6 / 10

sobota, 13 czerwca 2009

Pezet - Muzyka Emocjonalna


Pezet
Muzyka Emocjonalna
Future Mind, 2009







"Nie jestem emo tylko imoł!"

"Emo – nowomodna subkultura oraz nurt filozoficzny, do którego należy głównie nastoletnia młodzież w wieku od 12 do 20 lat. Starsze wyjątki w postaci członków zespołów grających emo to ci, którzy poczuli łatwy hajs i nie dadzą się zerwać od koryta."

Takiego emo, postanowił zrobić z siebie ostatnimi czasy Pezio, słuchając se 808s & Heartbreak i wylewając łzy nad nieszczęściem Kanye Westa. Można teraz obstawiać co mu się podoba bardziej: subkultura na literkę "e" czy przerośnięte ego pana na "W".

"Emo to najczęściej typy z tzw. "dobrych domów", którym w dupach się poprzewracało. Nie są wystarczająco mroczni, by być gotami, ale są zbyt nieodporni na tanie wino, by być punkami. Tak naprawdę są słabi i boją się wszystkiego, ale udają silnych, by udowodnić całemu światu, że są tacy naprawdę ."

808s & Heartbreak po pierwszych odsłuchach była szalenie denerwująca. Na szczęście wszystko się zmieniło po paru kolejnych. Jest to dobra płyta, aczkolwiek trudna w odbiorze i ciężka do jakiegokolwiek zaszufladkowania. To jest Kanye West i on może sobie pozwolić na wszystko. Jest Bogiem w mainstreamie. Podobnie mogło być z Peziem i jego Muzyką Emocjonalną. Kiedy kilkadziesiąt dni temu zapisywałem się na licznik zastanawiałem się co to będzie. Byle nie tylko te dirthy-southowe (i antyemowskie) gówno z 2007 roku.

"Mając już wszystko, nie muszą martwić się o pieniądze, jedzenie czy dach nad głową. W życiu nie spotyka ich nic złego; żadnej bezdennej, wyniszczającej, łamiącej serce i zajebiście mrocznej rozpaczy. Z tego też powodu paradoksalnie dążą do niej, wynajdując absurdalne preteksty do płaczu i cięcia się żyletkami. "

W ogóle zdjęcie z okładki Muzyki Poważnej mogło nasuwać wnioski, że Pezet idzie w kierunki emosów. Sami popatrzcie - ci muzycy pokitrani po kątach i trzymający w rękach jakieś instrumenty. Bóg wie co oni mają w futerałach do nich! A Pezio taki smutny jakiś stoi z Noonem i się patrzy.

"Tylko pozerzy tną się Polsilverami. Prawdziwe emo musi się chlastać Gilettem lub tępym i zajebiście gotyckim nożem do korespondencji. Czasem równie tępym i równie zajebistym nożem do masła, bądź też łyżką - ale to już wersja dla hardcorkow."

Fuck, jakieś zbite szkło na stronie Pezia było. Nie wiadomo co to. Jakby ktoś strzelał z karabinu. Najgorsze jest to, że Paweł za nim stał, na szczęście nic mu się nie stało. Żeby tylko nie miał chłopak złych myśli...

"Emo są na ogół zamknięte w sobie i obrażają się, kiedy ktoś zarzuca im, że nie są tacy jak inni. Przeważnie też użalają się na to, że nikt ich nie rozumie choćby z tego powodu, że gdy puszczają głośne bąki to ludzie ich nie rozumieją i wyśmiewają albo np. chodzą po kilka dni w tych samych, dziurawych skarpetkach i nawet gdy nikt ich nie krytykuje, czują się odrzuceni."

Kanye pozwolił sobie na eksperymenty na ostatniej płycie i po czasie wyszło mu to na dobre. Obecnie już raczej nikt nie ma do niego pretensji, że poszedł w bardziej popową stronę. No może troszkę, w końcu wydał trzy świetne hip-hopowe płyty, a tu nagle taka zmiana! Pezet postąpił podobnie zapraszając do współpracy Zjawina. Na zeszłorocznym Nie Pytaj O Nią Eldoki dał trochę remizowe produkcje, tutaj na szczęście jest już bardzie hip-hopowo. Wszystko zahacza o najnowsze trendy z USA - czysta inspiracja Timbalandem jest bardzo możliwa. Najważniejsze jest jednak to, że w przeciwieństwie do innych polskich Cool & Dre z Fruity Loopsa wszystko brzmi świetnie. Od pierwszego remixu, znanego z poprzedniej płyty, "Noc i Dzień" aż po remix "Nieważne". Czy jest to czysta elektronika jak we wspomnianych kawałkach, czy rockowa ballada od Czarnego a'la "Nieważne" jest to aktualnie pierwsza liga producencka kraju. Mes gdzieś już wspominał, że przy produkcji swojej płyty używał pożyczonych klawiszy od Zjawina. Bardzo dobrze, że już mu je oddał.

"Stereotypowy przedstawiciel tej subkultury to nigdy nieuśmiechający się nastolatek z czarnymi, lekko przetłuszczającymi się włosami, grzywką zakrywającą 3/4 twarzy, bladą cerą oraz paznokciami pomalowanymi na czarno. Tyczy się to obu płci; w przypadku samic dochodzi eyeliner oraz tusz do rzęs, który efektownie rozmazuje się podczas płaczu (aczkolwiek również i to staje się domeną emoboyów). Ubierają się w obcisłe ciuchy w ciemnej tonacji, które podkreślają ich cierpienie i ból. Najczęściej posądzani o metroseksualizm."

Z Pezetem jest podobnie jak z Westem. Wszystko kręci się wokół rozpaczy. Teksty są bardzo osobiste, niekiedy przypominające dokonania z drugiego krążka nagranego wspólnie z Noonem. Za szczerość należy się wielki plus. Zupełnie nie pasującym utworem do całego konceptu jest "Noc i Dzień". Remix jest świetny, ale nie wiem co kierowało Pezetem w doborze tego tracka na album. Niektórym może popsuć specyficzny klimat krążka. Świetnie wyglądają "Nieważne" z refrenem Krzyśka Rycharda, "Światła Zgasły", ale jednak największą perłą na całej płycie jest "Spadam". Bardzo osobisty tekst, wspaniale zarapowany z kapitalnym refrenem, który jest apogeum całej EPki. Nawet te "kurwa" w nim użyte już nie wadzi tak samo jak przy pierwszych odsłuchach.

Nasuwają się dwa wnioski. Jeden oczywiście idąc dalej tropem encyklopedycznym:

1. Emo są na ogół zamknięte w sobie i obrażają się, kiedy ktoś zarzuca im, że nie są tacy jak inni. Przeważnie też użalają się na to, że nikt ich nie rozumie choćby z tego powodu, że gdy puszczają głośne bąki to ludzie ich nie rozumieją i wyśmiewają albo np. chodzą po kilka dni w tych samych, dziurawych skarpetkach i nawet gdy nikt ich nie krytykuje, czują się odrzuceni.

2. Ten ważniejszy. Pezet nagrał fajną płytę i wcale nie taką emo jak mogłoby się wydawać. Dawno już nie było takiej płyty, której bym słuchał pięć razy pod rząd. Mocne.

Chcesz uchronić swoje dziecko przed takim losem? Ale skąd wiesz, czy nie jest za późno? Może twoje dziecko już stało się emo?

PS.
Cytaty pochodzą z Nonsensopedii.

Wokale:
Pezet, Małolat, Fame District, Lilu, Krzysztof Rychard.

Produkcja:
Zjawin, Czarny.

Ocena: 7 / 10

Trzyha/Warszafski Deszcz - Nastukafszy...


Trzyha/Warszafski Deszcz
Nastukafszy
RRX, 1999








Kilka dni temu na rynku ukazał się drugi album Warszafskiego Deszczu pt. Powrócifszy... Od momentu premiery poprzedniego krążka Tedego i Numera minęło już 10 lat. O tym czy warto było czekać, czy nie, wkrótce dowiecie się z mojej recenzji. Dzisiaj skupmy się na pierwszym dziele składu - Nastukafszy... jednym z największych klasyków polskiego hip-hopu.

Jakiś czas temu pewien anonimowy czytelnik poprosił mnie, żebym zrecenzował ten krążek. Zwlekałem, zwlekałem, aż w końcu całkiem niedawno pojawiły się informacje, że WFD wydaje nowy album. Pomyślałem, że to odpowiednia chwila na przypomnienie sobie dzieła z 1999 roku trójki Tede, Numer Raz i Janmario.

Historia zespołu zaczyna się w okolicach 1994 roku, kiedy to dwóch DJ'ów: JMI i 600V założyli skład o nazwie 1kHz. Niedługo po tym, dołącza do nich Tede, a dwa lata później odchodzi Sebastian Imbierowicz, który został zastąpiony przez Ceube. W ten oto sposób rodzi się protoplasta dzisiejszego WFD - Trzyha. W tym składzie zespół nagrywa nielegal 3H, który ukazał się wyłącznie na kasecie. Jest to jedna z najlepszych polskich produkcji jakie kiedykolwiek się ukazały. Obecnie może śmieszyć, zwłaszcza przez prymitywność beatów, ale utwory takie jak "WuWua", "40 Stopni W Cieniu" i przede wszystkim "Wyłącz Mikrofon" na stałe weszły do kanonu polskiego hip-hopu. W 1998 roku zespół opuszcza Ceubina, którego zastępuje Numer Raz i... Zaczyna się.

Zaczyna się dość charakterystycznie i nieporównywalnie do czegoś innego w Polsce. Takiego luzu na majku jak u Numera i TDF'a wcześniej chyba nie było, nie licząc oczywiście WuWua. Co druga linijka serwowana przez Tedunia jest niemalże klasyczna, więc wymienienie wszystkich mija się z celem. Czy to mądrości w "Konexjach", czy zabawa w "Gram w zielone (jaram!)" itd. Drugie raperskie ogniwo jest trochę słabsze technicznie, wersy także nie zapadają tak w pamięć jak w przypadku kompana, ale Numer nie ma się czego wstydzić. Jest niewiele słabszym raperem, a już na pewno o niebo lepszym od swoich "konkurentów" z krajowego podwórka.

Brzmienie albumu, które z większości zostało nakreślono przez Tedego, jest odzwierciedleniem trendów, które panowały w tamtym czasach za Oceanem. Tedeusz spisuje się świetnie nie tylko jako raper, ale także producent, co potwierdził także w późniejszych latach pracując na swoim solowym albumem S.P.O.R.T. czy "Zazdrością" i "$" Ostrego. Podobnie jest z Mariem - nie dość, że jest bardzo dobrym beatmakerem, to na dodatek jego skrecze są pierwszej klasy, nawet w obecnych czasach nie mają się czego wstydzić. Barry White, Donna Summer czy przede wszystkim od razu rzucający się w oczy (a raczej uszy) "Tonite" DJ Quika wykorzystany w "Sobocie" - to tylko niektórzy z artystów, od których chłopaki wzięli na swój warsztat próbki.

Można się rozpisywać na temat tej płyty jeszcze długo, ale szukanie w niej błędów i innych słabostek na siłę jest chyba nie na miejscu. Jest to klasyk przez duże K i nie można się z tym nie zgadzać. Jest to jedna z najważniejszych płyt w polskich hip-hopie, stawiana na równi ze Skandalem, EP+, Muzyką Poważną czy Światłami Miasta. Wielka płyta, która była odskocznią do solowej i dużej kariery Tedego. Patrz na niebo jak pierdolnie!

Wokale:
Tede, Numer Raz, Krit, Ryba, RJW Gan, Gutek, Wigor, Peper, Łyskacz.

Produkcja:
Tede, Janmario, Numer Raz.

Ocena: 9 /10

piątek, 12 czerwca 2009

Smutno mi...

Dla tych, którzy myślą że Muzyka Emocjonalna (dobry album nawiasem) to apogeum smutku i rozpaczy, to mówię im że są w błędzie.

"Smutno mi, bo się najebałem, mama będzie krzyczeć, mamo nie chciałem..."

środa, 10 czerwca 2009

Fundacja #1 - Poste Restante


Fundacja #1
Poste Restante
Prosto, 2009








Mój przyjaciel Łeba od jakiegoś czasu wciąż narzeka:
Stary, hip-hop się skończył, umarł przekaz,
Dziś na dyskotekach ci co kiedyś jeszcze chodząca zajawka
Jeśli jeszcze wciąż wierzymy w to, to czas nas ubrać w kaftan.
Odpowiadam ach tam, skąd takie poglądy, lepiej patrz jak
Rozwijają się nam nowe prądy, jest pięknie,
Uliczni poeci, zdolni wybitnie, jak może umrzeć coś, co tak pięknie kwitnie!
To wstyd jest, jeśli ktoś przekreślił tych kolesi bystrych.
Stary, jakie oni mają pomysły, to fontanna spostrzeżeń w ultra oryginalnej formie,
Wyszukane rymy, których nie da się zapomnieć.
Filozoficzne prawdy, że aż leci w dół kopara,
Każdy polski klip nominowałbym do Oscara!
Zaraz, zaraz, jeszcze bity! Sztampa, jaka sztampa?!
Nie słyszałem w Polsce źle dobranego sampla!
Producenci mają sprzęt i przede wszystkim chęci i oryginalne pomysły.
Aaa, wściekam się kiedy słyszę że, raperzy to głąbów banda,
Wszak solidna edukacja to standard.
Stary, powiedz czy ty kiedyś do tego dojdziesz, żeby po węgorzach rozmawiać o Freudzie.
Wszyscy dobrze rapują w końcu cienia szans by nie miał,
Każdy ładnie cztery elementy jednych tchem wymienia;
I ja też je wymienię co tak będę głupio stał to: pieniądze, forsa, fufu no i oczywiście szmal.

PS.
Zaznaczone słowa utworu "Hip-Hop Non Stop" pewnego słabego rapera, jakim bez wątpienia jest niejaki Łona, znakomicie oddają poziom tej fantastycznej i mądrej płyty.

Wokale:
Ward, Mieron, Felipe, Jaźwa, Juras, Kazan, Dyzio, Bilon, Hudy HZD, Wigor, Bułgar, Peper, Młody Łyskacz, Kulfon, Kafar, Orion, Łysy, Pomidor, Popek, Jędker, Rafał Młody, Fu, Mr Reggaenerator, Sokół, Pono, Koras, Lukasyno, Łysol, Alina.

Produkcja:
Trojak, Czarny/HiFi, Szczur, Łukasz Borowiecki, Kamilson, DJ 600, Ph7, Piooro, Zbyniu, Robson.

Ocena: 1 / 10

wtorek, 9 czerwca 2009

Daniel Drumz - Electric Relaxation Vol. 2


Daniel Drumz
Electric Relaxation Vol. 2
Nielegal, 2009







W 2006 roku Daniel Drumz wydał Electric Relaxation. Tytuł zapożyczony od A Tribe Called Quest znakomicie oddawał klimat tamtej produkcji. Wszystko było świetne, począwszy od doboru utworów (yeah, Marvin Gaye rules!) aż po gościnny występ Smarkiego i udział Pata Patenta. To mi się podoba! Od momentu ukazania aż do dzisiaj potrafię tej płyty słuchać w kółko, bez żadnej przerwy! Kapitalny mix! Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to jeden z najlepszych polskich mixów wszech czasów i podejrzewam, że nie będę w tym odosobniony. Pozdrawiam 300 szczęśliwców posiadających Electric Relaxation.

Rok później DJ Taśmy (dla niewtajemniczonych dawna ksywa bohatera tej recenzji) wydaje Nightsessions At Seventh Floor. Klimat już był trochę inny niż na poprzedniku. Tym razem DD postawił w większości na funk i ponownie znakomicie mu to wyszło. Hip-hopowe akcenty w stosunku do Electric Relaxation były raczej małe (vide Ohmega Watts w... funkowym klimacie). Grupa ABC, Krystyna Prońko, Jambonics, The Souljazz Orchestra, Funky Nassau - to niektórzy, którzy zaliczyli swój udział na tamtym albumie... Pozdrawiam 500 szczęśliwców posiadających Nightsessions At Seventh Floor.

W maju AD 2009 pojawiła się informacja, że Daniel Drumz wydaje kontynuację Electric Relaxation. Omal co nie spadłem z krzesła, poważnie! Co tam, że Forin znowu zrobi zajebisty design, ważne że będzie czego słuchać i prawdopodobnie ciężko się od tego oderwać. Zamówione, odebrane, wrzucone do odtwarzacza i leci... Pierwsze wrażenie niezbyt pozytywne z prostego powodu - nie lubię francuskiego rapu. Owszem, Hocus Pocus robi fajną muzykę, ale do cholery o czym oni nawijają?! Nie mam pojęcia, ale nawiązania do Native Tongues nasuwają się same, więc jest plus.

O Native Tongues w ogóle wypadałoby dużo tu pisać, w końcu cała płyta jest związana z tym klimatem: A Tribe Called Quest, Mos Def i te sprawy, sami wiecie. Standardowo swoją reprezentację ma Detroit w osobach Wajeeda, Guilty Simpsona, Illi J i Baatina, kobiecy śpiew od Les Nubians czy Eryki Badu. Cuty i sztuczki gramofonowe mistrzowskie, wspaniale się uzupełniają z pozostałą zawartością. Znajome, co nie, czyli podobnie jak poprzednio, więc czy można narzekać? I tak, i nie. Niby wszystko jest na swoim miejscu, świetnie się tego słucha, ale pierwsza część powiesiła poprzeczkę tak wysoko, że chyba sam Drumz już jej nie strąci. Kręci się ta płyta po raz kolejny i znowu brzęczę, że "jedynka" jest debeściak. Przywiązanie? Wspomnienia? Poziom produkcji? Wszystko naraz.

Co i rusz jeden mądrzejszy od drugiego pozamawiał więcej niż jedną sztukę. Preorder skończył się zaraz po tym jak się rozpoczął, biznesmeni allegrowi już działają i płyta chodzi za ładne pieniądze na serwisie aukcyjnym. Czy jest warta 70 zł? Dla tych co nie znają jedynki tak. Dla lubujących pierwszą część raczej nie. Ładnie wydane, dobrze prezentuje się na półce etc. Znowu nakład limitowany, tym razem 555 sztuk plus dodatkowych 50, które miały iść na promo na zachód. I będę chamem i powiem, że szkoda że nie pójdą, bo Hans, Francois czy Steven powinni też mieć uciechę z tego mixtapu! Pozdrawiam 605 szczęśliwców posiadających Electric Relaxation Vol. 2.

Po otwarciu koperty z płytami, płyta skojarzyła mi się z seksem. Dziwne, ale prawdziwe, no i trochę się spełniło. Otrzymałem numer 69 (seks 1), ale niestety Electric Relaxation Vol. 2 nie znajdzie się w Pozycji Klasycznej (seks 2). Na płycie jest też Les Nubians (seks 3)... Erykah Badu (seks 4) też fajna babka. Tak erotycznie to spuentuje. Ej, ale czy to znaczy że jestem seksoholikiem?

Ocena: 7 / 10

Zmęczony, ale co tam...

Od niedzielnych wyborów na okrągło chodzi za mną ten utwór... "So Tired" pochodzi z drugiej producenckiej Hi-Teka pt. Hi-Teknology²: The Chip. Zwrotki pierwszej klasy od Buna B, refren Diona też, trochę gorzej z Devinem i Preety Uglym. Jednak najważniejszy jest tutaj beat. Dzięki takim podkładom producent z Cincinnati jest jednym z moich ulubionych.

Krótko i na temat: Soul Survivor II


Pete Rock
Soul Survivor II
BBE, 2004

84%






Płytę znam już dłuuugi czas. Wiadomo czemu - te dwa magiczne słowa... Pete i Rock łączy się w jedno - imię jednego z najlepszych producentów jakich kiedykolwiek wydał na świat hip-hop. Baa, w moim osobistym rankingu jest on na zaszczytnym namber łan i nieprędko się to zmieni. Baa raz jeszcze, podejrzewam że w ogóle. O płytach z CL'em nie ma się co rozpisywać - dwa LP i dwa gigantyczne klasyki (o jednym wspomina dzisiaj nawet AC u siebie, czekyt) - o jednym już pisałem w PK, o drugim kiedyś coś tam maznę. Pojedynćze beaty, które Philips dawał innym to już inna historia. Podobnie z remixami. Uuu, prawdopodobnie to jest najlepszy remix ever (zaznaczam że to nie moje zdanie, choć się pod nim podpisuję!). Solowe Soul Survivor z 98 było świetne. Ile to czasu człowiek spędził nad tamtą płytą?! A jak jest z następcą z 2004 roku? Klasa Piotra Skały jest niepodważalna i koniec tematu. "It's A Love Thing" (polecam też rmx Przemyśla), "Da Villa", "One MC, One DJ" i zaraz wymienię całą tracklistę. Raperzy: Skillz, GZA, Pharoache Monch, Krumbsnatcha, Talib Kweli i dawny kompan CL Smooth. Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy. Wadzi trochę jeden numer - "Niggaz Know" - nagrany razem z J Dillą. Nie no, i Pete, i Dilla to raperzy słabi (Jay Dee nawet baaardzo...), ale ten beat... Tu wszystkie beaty są 100/100. A jakby tego było mało to posłuchajcie sobie The Surviving Elements: From Soul Survivor II Sessions - podkłady, które nie weszły z różnych względów na Soul Survivor II.

czwartek, 4 czerwca 2009

Method Man & Redman - Blackout! 2


Method Man & Redman
Blackout! 2
Def Jam, 2009








Niemalże od zawsze wyżej ceniłem Redmana niż członka kolektywu Wu. Whut? Thee Album i Muddy Waters to jedne z moich ulubionych płyt w ogóle. Inne potrafiły mnie już oczarować tylko pojedynczymi fragmentami. Trochę inaczej jest z Method Manem.. Enter The Wu-Tang (36 Chambers) - czy tu jest potrzebny jakiś komentarz? Tical lubię i cenię i... I na tym kończy się moje upodobanie najbardziej przejaranego członka Wu-Tangu. Czy to solo, czy dalej w grupie to mi się już nie podoba. Sorry, nic na to nie poradzę. GZA i Ghostface rządzą.

Jak słyszę o pierwszym Blackout! to robi mi się niedobrze. Naprawdę nie rozumiem zachwytów nad tą płytą. Sprawdzę ją jeszcze raz, dla pewności czy dobrze robię i przysięgam, że jak dalej będę się utrzymywał w swojej opinii to ją rozpierdolę. Nie ma przebacz. Jakiś czas temu usłyszałem, że duet postanawia nagrać kolejny wspólny krążek. I znowu widmo nazwy "Blackout" będzie nade mną krążyć, znowu bedę musiał się tłumaczyć dlaczego pierwszy wspólny LP jest dla mnie tragiczny, dlaczego kupiłem ten album, mimo że mi się nie podoba itd. itd. Fuck Blackout, fuck Blackout.

Powtarzałem to na blogu kilka razy i powtórzę raz jeszcze - Meth i Reggie to zajebisty duet. Charyzma, doświadczenie, poczucie humoru... Można dużo powymieniać. Niby na tym pierwszym krążku tym imponowali, ale... No coś tam, coś tam mi nie pasuje, się nie podoba i kładę na to lachę. Pierwszy Blackout! jest chujowy powtarzam. No co mnie obchodzą historyjki o jaraniu, pytam się?! Narzekam i narzekam, na szczęście na "dwójce" jest tego mniej. Baa, znalazł się nawet romantyk "Mrs. International" i mi się podoba! Zaraz, zaraz... "A-Yo" jak się ukazało to wyglądało tragicznie, ale po paru odsłuchach się przekonałem. No jest coraz lepiej. "Dangerous MCees" trochę oklepane, ale fajne, "Father's Day" nietypowe, podobnie jak southowy "City Lights" z Bunem B. Tylko ten cholerny "Dis Iz 4 All My Smokers"... Powtarzam raz jeszcze - co mnie kurwa obchodzą historyjki o jaraniu?! Ech...

Panie Sermon - spierdoliłeś pan robotę w 99 roku tak jak Murrayowi przy It's A Beautiful Thing. Rockwilder też. Scratch akurat zrobił rzecz, która mi się podobała, Mathematics rżnął z RZA'y jak leci. Tym panom miałem podziękować już przed pierwszym odsłuchem Blackout! 2, ale co tam. W końcu Sermon to marka, Rockwilder taka mniejsza jego filia. Scratch zawsze mnie niszczył tym i za to szacun przeogromny. Matematyki nie lubiłem nigdy. Minęła niecała godzina i zmieniam początkowe zdanie. Każdy się spisał. Aaa nie... Jeden się nie popisał. I to ten, na którego liczyłem najbardziej. Pete Rock. PETE ROCK! Początkowo "A-Yo" mnie denerwowało, potem trochę mniej, no ale od niego zawsze wymagam jak najwięcej! Zeszłoroczne NY's Finest było słabe i chyba coś mu się nie wiedzie od tamtego czasu... W ogóle starzy wyjadacze dobrze się spisali: Havoc i Buckwild. Pierwszy pokazał, że The Kush było wypadkiem przy pracy i "I'm Dope Nigga" brzmi bardzo dobrze. Drugi pobawił się soulem i wyszedł z tego "Mrs. International" - najprzyjemniejszy track w zestawie. Tak, warstwa muzyczna in plus opróćz... No wiecie kto mnie denerwuje ostatnio. I na Jay Stay Paid jakiś taki nie teges.

Całe szczęście drugi Blackout! pozytywnie mnie zaskoczył i pozwolił prawdopodobnie się zlitować nad pewnym krążkiem, który stoi na półce gdzieś pomiędzy Red Gone Wild Redmana a Monster Killer Mike'a. Nie jest to płyta wybitna, jest to dobry krążek z momentami. Z całą pewnością dużo lepszy niż znienawidzony przeze mnie poprzednik. Ale mam ciśnienie, żeby coś zniszczyć dzisiaj - nie dość, że złapały mnie kanary to jeszcze poszedłem nie na tą godzinę co trzeba na egzamin. Osz kurwa! Dobrze, że na osłodę mam na iPodzie "Mrs. International" czy "Hey Zulu"... Jest lepiej niż poprzednio, ale o "trójkę" się nie modlę.

Wokale:
Method Man, Redman, Saukrates, Keith Murray, Bun B, Tanisha Green, Michelle Pinckney, Erick Sermon, Ready Roc, Streetlife, C.O. Ellis, Raekwon, Ghostface Killah, Poo Bear, Melanie Rutherford.

Produkcja:
Erick Sermon, Rockwilder, Pete Rock, Buckwild, Nasty Kutt, DJ Scratch, Havoc, Mathematics, Ty Fyffe.

Ocena: 6 / 10